Grażyna Ostropolska

Tu pluskwa i szpieg, tam szumidło. Cała Polska na podsłuchu!

W te gadżety sprytnie wmontowano dyktafony i kamery do inwigilacji. Tylko fachowiec rozszyfruje szpiegowskie sztuczki Fot. Dariusz Bloch W te gadżety sprytnie wmontowano dyktafony i kamery do inwigilacji. Tylko fachowiec rozszyfruje szpiegowskie sztuczki
Grażyna Ostropolska

Dyktafon można ukryć w okularach, zegarku, kluczyku samochodowym, plastikowej butelce z wodą mineralną, a nawet w guziku. Taki gadżet to wydatek rzędu kilkuset złotych i trudny do wykrycia, bo dyktafon nie emituje sygnałów radiowych i nie zawsze daje się zagłuszyć tzw. szumidłem.

Co rusz jakaś afera podsłuchowa rozpala naszą wyobraźnię. Zanim ostygną emocje, już pojawia się kolejne nagranie i ponownie sieje zamęt. Niemały, o czym świadczy pokłosie pluskiew, założonych w lokalu „Sowa i Przyjaciele” oraz żniwo, zebrane przez dyktafony biznesmena Czarneckiego, wniesione do siedziby KNF.

Skrzyneczka w sekretariacie dyrektora

„Nie dajmy się zwariować, bo fobia strachu sparaliżuje nasze działania!”- takim wstępem opatrzyli swój list do redakcji pracownicy Izby Administracji Skarbowej w Bydgoszczy, którzy poczuli się nagle... ofiarami wojny podsłuchowej. Od połowy września izba ma nowego dyrektora. „Jego pierwszą decyzją było wystawienie w sekretariacie skrzyneczki, do której wszyscy pracownicy muszą wrzucać telefony komórkowe, zanim wejdą do gabinetu szefa. To żenuje i oburza, bo wygląda na to, że dyrektor nie ufa pracownikom, operującym na co dzień skarbową tajemnicą. I nie jest to zarządzenie odgórne, tylko takie „widzimisię” naszego dyrektora, bo w innych województwach skrzynek na komórki telefoniczne nie ma. Wygląda na to, że albo nasz nowy szef ma obsesję na punkcie podsłuchu, albo z natury jest strachem podszyty, bo tworzy wokół siebie atmosferę podejrzliwości i wszędzie widzi donosicieli... Służbowy samochód też każe kierowcy sprawdzać, nim do niego wsiądzie, bo boi się podsłuchu, a do Warszawy woli jechać prywatnym autem. Czy to normalne?”, pytają pracownicy kujawsko-pomorskiej IAS.

Nie zawsze wiem, kto wchodzi do mojego gabinetu. Mówi, że to pilne, więc go przyjmuję. Dbam o tajemnicę skarbową, więc nie chcę, by informacje nią objęte były w jakikolwiek sposób rejestrowane.

Idziemy tropem ich listu. Zanim przekroczymy próg gabinetu dyrektora Izby Administracji Skarbowej w Bydgoszczy, musimy wrzucić komórkę do metalowej kasetki w sekretariacie. Do tej pory jedynym miejscem, gdzie zabierano dziennikarzowi telefon był... zakład karny. Pytamy dyrektora Andrzeja Paska, z czego wynika taka asekuracja i czemu nie ufa nawet własnym pracownikom.

To taki bufor

- Nie zawsze wiem, kto wchodzi do mojego gabinetu. Mówi, że to pilne, więc go przyjmuję. Dbam o tajemnicę skarbową, więc nie chcę, by informacje nią objęte były w jakikolwiek sposób rejestrowane. Decyzję o deponowaniu telefonów komórkowych w sekretariacie podjąłem, żeby nikt nie zarzucił mi naruszenia tajemnicy skarbowej. To taki bufor... - tłumaczy dyrektor Andrzej Pasek. Zaprzecza, jakoby kazał sprawdzać samochody na okoliczność podsłuchu, a wyjazdy w delegację prywatnym autem tłumaczy tym, że często ma w Warszawie kilka spotkań jednego dnia i nie chce nadmiernie obciążać kierowcy i płacić mu nadgodzin. Sprawia wrażenie człowieka otwartego i kontaktowego.

- I taki był, zanim z zastępcy dyrektora ds. logistyki awansował na szefa izby - przyznają nasi rozmówcy. Dyrektor Pasek zraził ich nie tylko zakazem wnoszenia komórek do gabinetu, ale i tym, że na swoich zastępców powołał naczelników urzędów z Lipna, Torunia, Nakła i Inowrocławia. - To tak, jakby do urzędników skarbowych z Bydgoszczy nie miał zaufania - sugerują podwładni dyr. Paska. Twierdzą, że teraz na podpis dyrektora czeka się nawet 3 dni, bo ten prawie każdą decyzję konsultuje z zastępcami. - To dezorganizuje nam pracę - przekonują pracownicy izby i wyliczają ułomności zastępców dyrektora IAS. - Pani z Lipna przyjeżdża do pracy o 9.00 i już o 14.00 kierowca wiezie ją na dworzec, a naczelnik z Inowrocławia to człowiek młody i niedoświadczony.

- Moi zastępcy to wysokiej klasy specjaliści. Zastępca ds. orzecznictwa to była zastępca naczelnika US w Toruniu, która pracowała w Krajowej Informacji Skarbowej jako ekspert, udzielający odpowiedzi na temat spraw podatkowych. Zastępczyni z Lipna to specjalistka od zarządzania i zamówień publicznych, uhonorowana nagrodą „Rzeczypospolitej”. Kolejny mój zastępca zajmował się w US w Inowrocławiu m.in. nadzorem i kontrolą zwrotów VAT, a teraz sprawuje nadzór nad urzędem celno- skarbowym w Toruniu, zaś czwarty wicedyrektor, specjalista ds. egzekucji, był wcześniej komornikiem skarbowym w Nakle i prowadził szkolenia dla komorników skarbowych z całej Polski - wylicza dyrektor Pasek i dodaje: - Moje decyzje dotyczą często bardzo skomplikowanych spraw i dużych pieniędzy, więc wolę się dziesięć razy zastanowić i skonsultować z zastępcami niż pochopnie podpisać dokument.

Zapewnia, że do osób podejrzliwych nie należy, ale ogromna odpowiedzialność, jaką przejął wraz z funkcją szefa IAS, wzmogła w nim czujność, zaś ta zaowocowała zakazem wnoszenia do jego gabinetu telefonów komórkowych. Dość pochopnym, bo gdyby dyrektor Pasek odwiedził sklep ze sprzętem detektywistycznym, zlokalizowany nieopodal „skarbówki” oniemiałby na widok szpiegowskich urządzeń, których może użyć każdy, kto chciałby go nagrać.

Na nas współczesne pluskwy zrobiły ogromne wrażenie. - Najlepsze do podsłuchiwania są dyktafony, bo łatwo je ukryć i trudno wykryć, ponieważ nie emitują żadnych sygnałów radiowych - doradza pan Łukasz, sprzedawca. W sklepie jest masa takich urządzeń. Najtańszy dyktafon w postaci pendrive’a kosztuje 128 zł, ale kupując tani sprzęt należy się liczyć z kiepską jakością nagrania.

Dobry kamuflaż

- Ten na pewno się sprawdzi - pan Łukasz pokazuje nam kilkucentymetrowy dyktafon ( też w kształcie pendrive’a) z funkcją aktywacji na dźwięk (za ok. 400 zł). Wykorzystują go podobno pracodawcy, chcąc się dowiedzieć, co mówią pracownicy pod ich nieobecność. - Tu mamy dyktafon, ukryty w listwie przepięciowej, którą można podłączyć do komputera, telewizora lub sprzętu AGD. Nagrać może 280 godzin i sam się wyłącza, kiedy nic się nie dzieje - demonstruje sprzedawca. Pokazuje nam długopis (za ok. 600 zł), w którym trudno dopatrzyć się mikroskopijnego mikrofonu. - Nagrywa 12 godzin, a w zestawie są słuchawki i pilot - słyszymy. Pluskwom nadaje się często dość wyrafinowany kamuflaż.

- Kluczyk samochodowy z wmontowanym dyktafonem (za ok. 700 zł) można podpiąć do innych jako zapasowy i nikt się nie domyśli, że to podsłuch. Podobnie jest z kablem USB (ok. 600 zł), który oprócz normalnej funkcji posłuży do szpiegowania - tłumaczy sprzedawca.

Naszą uwagę zwracają gadżety z wmontowaną kamerą. Okulary (ok. 1100 zł), w których trudno się dopatrzyć pluskwy, i plastikowa butelka z wodą, którą można wnieść np. na salę obrad, bo nie sposób dostrzec kamerę, umieszczoną we wgłębieniu pod etykietką.

Mnogość szpiegowskich propozycji w sklepach pozwala zrozumieć, jak miliarderowi Leszkowi Czarneckiemu udało się wnieść kilka dyktafonów na rozmowę z przewodniczącym KNF Markiem Chrzanowskim. Wystarczy, że jeden miał w zegarku, drugi w długopisie, a trzeci w guziku od koszuli.

- Tylko taka bramka, jak na lotnisku jest w stanie wykryć wszystkie elektroniczne urządzenia, bo tzw szumidło, a takie było podobno w KNF, działa wybiórczo i zagłusza tylko niektóre urządzenia - tłumaczy pan Łukasz. Ceny dobrych zagłuszaczy zaczynają się od 25 tys. zł, więc niewielu na nie stać.

Nie jest też problemem podsłuch z dużej odległości. - Są w sprzedaży mikrofony kierunkowe, tzw. kopułkowe, które wzmacniają sygnał i pozwalają podsłuchiwać nawet z odległości 200 m, ale tylko na otwartym terenie - wyjaśnia pan Łukasz. - A do podsłuchiwania przez szybę używa się wiązki laserowej, która wprawia szkło w drżenie, co da się potem przełożyć na sygnał dźwiękowy - dodaje.

Podsłuch naszych telefonicznych rozmów też jest możliwy. Służą do tego celu sztuczne stacje bazowe telefonii komórkowej, ale każda z nich to wydatek rzędu miliona, więc z tego rozwiązania korzystają głównie ABW i CBA. - Jeśli zamontuje się taką sztuczną stację BTS w busie, stojącym nieopodal osoby inwigilowanej, to jej telefon będzie się łączył z najbliższą stacją, czyli tą w busie, co umożliwi podsłuch - tłumaczy pan Łukasz.

Z oficjalnych raportów wynika, że w 2015 r. polskie służby specjalne podsłuchiwały 5431 obywateli, w 2016 r. - 5881, a w 2017 r. aż 6402 osoby. Nieoficjalnych nagrań krąży po Polsce co niemiara, a część z nich służy do... szantażu.

Grażyna Ostropolska

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.