Piątka dla zwierząt: Prezes PiS wypowiedział wojnę branży futrzarskiej. Czy zdetronizuje królów norek?

Czytaj dalej
Fot. Konrad Łoziński
Marta Danielewicz

Piątka dla zwierząt: Prezes PiS wypowiedział wojnę branży futrzarskiej. Czy zdetronizuje królów norek?

Marta Danielewicz

Kiedy Europa Zachodnia odchodzi od produkcji i noszenia futer, Polska wybija się na światowego lidera w hodowli zwierząt futerkowych. Prawdziwym zagłębiem jest Wielkopolska. Tu bowiem swoje fermy norek i lisów mają najwięksi potentaci branży: rodzina Wójcików, Rajmund Gąsiorek i wielu innych. Mają wsparcie polityków, biznesmenów, hierarchów Kościoła. Czy królów norek zdetronizuje sam Jarosław Kaczyński? Proponowany przez niego projekt ustawy dotyczący m.in. zakazu hodowli zwierząt futerkowych staje się coraz bardziej realny.

To jeden z najgorętszych tygodni w polskiej historii walki z przemysłem futrzarskim. Po raz kolejny bowiem prezes PiS Jarosław Kaczyński rozpoczął batalię o zmiany w ustawie o ochronie zwierząt, by zakazać hodowli zwierząt futerkowych na terenie naszego kraju. Tym samym wypowiedział wojnę całej branży futrzarskiej, która istnieje w Polsce od przeszło stu lat.

- PiS wbił nóż w plecy polskiemu rolnictwu. Nie chodzi tylko o zakaz hodowli zwierząt futerkowych, który zrujnuje życie tysiącom Polaków

– mówił na antenie Radia Maryja Wielkopolanin Szczepan Wójcik, który wraz z bratem Wojciechem prowadzi największą na świecie hodowlę norek w Góreczkach (powiat krotoszyński). To właśnie nagrania z tej fermy, opublikowane przez Otwarte Klatki i Onet sprawiły, że na nowo rozpoczęto walkę o zakaz hodowli zwierząt futerkowych.

Czytaj: "Piątka PiS dla zwierząt" - To jest ustawa antypolska - uważa Piotr Zgorzelski z PSL

Właściciele ferm, którzy w ostatnich dniach protestowali przed Sejmem i siedzibą PiS grzmią, że to zamach na polskie rolnictwo, które może zaprzepaścić sukcesy Polski na arenie międzynarodowej. Zarzucają prezesowi nieodpowiedzialne działania i brak fachowej wiedzy. Z kolei organizacjom prozwierzęcym, które prezes PiS wspiera, zarzucają współpracę z wielkimi, międzynarodowymi firmami zajmującymi się wytwarzaniem plastiku i utylizacją.

- Przemysł futrzarski to nie jest rolnictwo, to nie jest produkcja żywności. Fermy futrzarskie to cierpienie. To biznes garstki bogatych biznesmenów – odpowiadają aktywiści prozwięrzecy.

Wielkopolscy królowie norek. Co piąta ferma pochodzi z Wielkopolski

Szczepan Wójcik to jeden z najbardziej znanych hodowców norek w Polsce. Ma swój portal informacyjny, wydaje gazetki dla hodowców i rolników, ma kilka fundacji, współpracuje z Radiem Maryja, telewizją Trwam, wpiera go sam ojciec Rydzyk. Największa na świecie hodowla norek w Góreczkach, należąca przede wszystkim do jego brata Wojciecha, zarejestrowana jest jednak na kilkanaście różnych podmiotów, gdzie udziałowcami są różni członkowie rodziny.

To niejedyni wielkopolscy królowie norek. Jest nim również Rajmund Gąsiorek, który prowadzi swoje gospodarstwo od przeszło 45 lat. Ma hodowlę bydła mlecznego, fermy drobiu, a od 40 lat zajmuje się także hodowlą norek. To jedna z głównych podstaw jego biznesu. Jest potentatem w swojej branży. Dziś pomagają mu synowie, jeden żywieniowiec, drugi weterynarz, trzeci ekonomista. Rajmund Gąsiorek przez lata pod Wrześnią zbudował prawdziwe imperium. Zatrudnia ok. 500 osób. Jest także prezesem Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych. W protestach pod Sejmem uczestniczy jego syn, sam Rajmund w tym czasie prowadzi biznesy w Finlandii.

Znany jest lokalnej społeczności, która wielokrotnie sprzeciwiała się rozbudowie jego imperium o kolejne fermy, nie tylko norek, ale także drobiu. Liczne protesty odbyły się m.in. w Kawęczynie pod Wrześnią.

- Jest nagonka na polskie rolnictwo, na jego wiodące kierunki, jak drobiarstwo, gdzie jesteśmy najlepsi w Europie i fermy futrzarskie, gdzie jesteśmy trzeci na świecie

– twierdzi Rajmund Gąsiorek, gdy pytam go o proponowane zmiany w prawie, które bardzo uszczuplą jego biznes.

Projekt ustawy „Piątka dla zwierząt” Kaczyńskiego, zaprezentowanej przez Forum Młodych PiS zakłada przede wszystkim:

Ten ostatni punkt został na komisji rolnictwa odrzucony. Gdyby jednak ustawa przeszła w takiej formie, jak została zaproponowana, przyszłość firmy Gąsiorka malowałby się w czarnych barwach.

- Zakaz uboju rytualnego zniszczyłby przede wszystkim polskie drobiarstwo. Prowadzimy w Europie największy eksport drobiu do krajów, gdzie ubój rytualny się odbywa. Ten zakaz spowodowałby, że automatycznie zostalibyśmy wyrzuceni z eksportu – mówi Gąsiorek. Tłumaczy, że ubój rytualny stanowi podstawę i tradycję w polskim rolnictwie. - Zawsze tak było, że kurczak miał głowę nacinaną, krew musiała odpłynąć – mówi.

Czytaj: Piątka dla zwierząt: Ubój rytualny wykreślony z ustawy proponowanej przez prezesa Kaczyńskiego. W czwartek drugie czytanie

Dodaje, że przemysł drobiarski ściśle związany jest także z hodowlą zwierząt futerkowych.

- Z kurczaka człowiek zjada tylko 20-25 procent, a resztę po uboju drobiu zjadają zwierzęta futerkowe. Jakby tych zwierząt nie było, to wszystko musiałoby iść do utylizacji. Koszty pokryłby konsument. Nie ma drugiej takiej branży, która radziłaby sobie z uciążliwościami i odpadami w sposób naturalny, bo zostają one przetworzone przez zwierzęta. Dlatego się to zwalcza, bo gra idzie o ogromne pieniądze. Przez lata nakłaniano do inwestowania w przemysł futrzarski, hodowcy brali kredyty, a dziś czują się bardzo zawiedzeni, bo dużo z nich głosowało na rządzących. Teraz próbuje im się warsztaty pracy zniszczyć i zostawić z ogromnymi długami

– mówi Gąsiorek.

Podobnie uważa Zbigniew Ajchler, poseł Platformy Obywatelskiej z Szamotuł. Jego syn, Piotr Ajchler, wiceprezes Zarządu Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej w Lubosinie kilka lat temu chciał także poszerzyć swój biznes o budowę ferm norek. Spotkało się to wówczas ze stanowczym sprzeciwem mieszkańców Lubosiny.

- Dla producentów zwierząt futerkowych ta ustawa to katastrofa. Mamy najlepszą bioasekurację, najlepsze rozwiązania technologiczne, jesteśmy najlepsi. Dlaczego to wprowadzać teraz, gdy jesteśmy na drugim miejscu w Europie? Niektórzy protestujący nawet nie wiedzieli, jak norka wygląda, nigdy na fermi nie byli. Powiedzieli, że nie, bo będzie śmierdzieć, będą szczury, muchy. Nieprawda. Ludzie, jak ci z Vivy czy Otwartych Klatek chcą zaistnieć, chcą się pokazać. Jedni robią sobie tatuaże, kolczyki, nawet na genitaliach, bo chcą się pokazać, a inni protestują. To jest chore. Panie z Vivy! czy innej organizacji zakręciły w głowie prezesowi PiS – mówi poseł Ajchler.

Futro z norek to przeżytek?

W Wielkopolsce działa około 140 ferm zwierząt futerkowych. Ponad sto, jak wynika z danych Głównej Inspekcji Weterynaryjnej, jest wciąż aktywnych. W całej Polsce ferm jest ok. 500. Hoduje się głównie norki, lisy, zdarza się, że jenoty, szynszyle i króliki. Chociaż, jak opowiadają aktywiści ze stowarzyszenia Otwarte Klatki te ostatnie są dziś mniej opłacalne. Polskie fermy futrzarskie dają nie więcej niż 4 tys. miejsc pracy, a roczne obroty w światowym przemyśle futrzarskim szacowane są w cenach detalicznych na ok. 30-40 mld dolarów, jak wynika z raportu „Ocena sytuacji branży hodowli zwierząt futerkowych i jej wpływu na polską gospodarkę”.

- Także ze względów ekonomicznych dziś nie hoduje się nutrii – zauważa Marta Korzeniak z Otwartych Klatek.

Jednak w ostatnim czasie ferm zwierząt futerkowych powstaje coraz mniej, albo nie powstają wcale, raczej zwijają swoje biznesy. W ciągu ostatnich czterech lat zniknęło aż 200 ferm, czyli jedna trzecia całej krajowej branży. Dlaczego? Coraz mniej osób nosi naturalne futra. Rezygnują z nich największe domy mody, jak Chanel, Prada, Giorgio Armani, Gucci, Versace. Futer nie produkują już większość krajów zachodniej Europy.

- Branża futrzarska nie tylko w Polsce, ale na całym świecie jest w kryzysie. Ceny futer spadają. W Polsce w ogóle mało ludzi kupuje futra. Raczej naturalne futro wraca w formie dodatków: kamizelek, pomponów, obszyć kołnierza, rzadko się kupuje futro z norek

– mówi Marta Korzeniak.

Dlatego też hodowcy stawiają na eksport do krajów, gdzie futro nadal uznawane jest za szczyt luksusu, nie za obciach. Przy tym w Polsce, co warto podkreślić, nie odbywa się ich produkcja, a samo pozyskanie surowca.

Czytaj: Właściciel fermy lisów w Kościanie zajmuje się hodowlą zwierząt mimo wyroku za dręczenie. Oficjalnie - pomaga żonie

Ponad 90 procent wyrobów idzie na eksport. Sprzedawane są na międzynarodowych aukcjach: w Toronto czy Helsinkach, ale nie tylko. Polska po Danii i Chinach to czołowy dostawca surowca.

- Rynki zbytu to Chiny, Rosja, Grecja, Turcja, trochę Włosi, Hiszpania. Tam się skóry przetwarza, garbuje, szyje. Nich te rynki decydują czy ubierać się w futra i skórę, czy w plastik. Dziś jest straszne, silne plastikowe lobby. Świat zatrujemy, już widać, ile w morzu jest plastiku. W Danii produkuje się cztery razy więcej, jak w Polsce. Tam jest największa produkcja trzody chlewnej, przetwórstwo ryb. Tam są mądrzy ludzie, którzy wiedzą, że zwierzęta futerkowe są wybawieniem dla pozostałych hodowli, bowiem zjadają one odpady, utylizują poubojowe produkty – mówi z kolei Rajmund Gąsiorek.

Do niepowstawania nowych ferm futrzarskich przyczyniły się także liczne protesty mieszkańców. Między rokiem 2005 a 2020 w Polsce zorganizowano przynajmniej 185 protestów przeciwko budowie lub rozbudowie ferm futrzarskich. Jak wynika z analizy Otwartych Klatek, większość odbywała się na terenie Wielkopolski.

- Hodowla norek odbywa się w wielkich pawilonach, gdzie zamkniętych jest kilkaset, czasami kilka tysięcy zwierząt. Ta ferma, gdzie ostatnio prowadziliśmy śledztwo, jest fermą na ponad 400 tysięcy zwierząt. Przy takiej ilości mówimy raczej o przemyśle, gdzie bogaci się garstka najbogatszych hodowców, a reszta cierpi. Warto wspomnieć o ludziach, którzy mieszkają w pobliżu ferm. Im nikt nie udzielił żadnego odszkodowania, żadnej pomocy, gdy te fermy powstawały. A te wsie na tym tracą, bo przestają się rozwijać. Żaden biznes w okolicy nie może, nie chce powstać – mówi Marta Korzeniak.

Problemem jest przede wszystkich odór. – Zwierzęta są hodowane w klatkach, zwykle na powietrzu, ich odpady spadają na ziemię. Ludzie często zgłaszają plagi much. To jest przerażające, ludzie mają muchy w jedzeniu, łóżkach, lodówkach, wszędzie, nie są w stanie normalnie funkcjonować. Problemem są spadki wartości nieruchomości, nawet do 50 procent, gdy pojawi się ferma – dodaje Korzeniak.

Kolejnym powodem tego, że branża futrzarska ma problemy, jest pandemia koronawirusa. Sami hodowcy nie ukrywają tego, że w tym czasie odnotowali straty.

- Wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt futerkowych oraz uboju religijnego w drastyczny sposób uderzy w cały sektor rolny, który jeszcze nie podniósł się po kryzysie finansowym wywołanym epidemią koronawirusa. Ponieważ rynek nie znosi próżni efektem zakazów będzie przeniesienie całych gałęzi produkcji rolnej poza granicę naszego kraju

– twierdzi Federacja Branżowych Związków Producentów Rolnych w liście otwartym.

- Holandia, która miała zamknąć fermy w 2024 roku, zamyka je już w przyszłym roku, właśnie z powodu koronawirusa, który na fermach się pojawił. Norka jest jednym z nielicznych zwierząt, które koronawirusem mogą się zakazić, ale może go też przenieść na człowieka. Podobny problem pojawił się w Danii, codziennie pojawiają się kolejne przypadki koronawirusa na fermach norek. Z ciekawością obserwujemy, jak tam sprawa się rozwinie – mówi Marta Korzeniak.

Czytaj: Wraca temat polowań z udziałem dzieci. Czy myśliwi przeforsują zmiany w prawie łowieckim? Przeciwnicy polowań protestują

Aktywiści mają więc nadzieję, że czas w którym ponownie zaczęto rozmawiać o zamknięciu w Polsce ferm futrzarskich jest idealny.

- W 2017 roku pojawił się pierwszy projekt ustawy o zakazie hodowli zwierząt futerkowych. Mieliśmy wówczas duże nadzieje. Niestety, nie udało się, projekt umarł. Dziś sytuacja, także ta polityczna jest zupełnie inna. Politycy sami przyznają, że są po wyborach, też lobby futrzarskie było wtedy większe – mówi Korzeniak.

Nagonka na polskich hodowców czy walka o dobrostan zwierząt?

Z kolei hodowcy zwierząt futerkowych wskazują na inne grupy interesu. Mówią, że trwa przede wszystkim nagonka na gospodarstwa zajmujące się wielkofermową produkcją zwierzęcą. Rok temu walczyli, bezskutecznie, by ograniczyć w tym zakresie działalność prozwierzęcych organizacji pozarządowych.

- Organizacje obrońców zwierząt mogą wejść na gospodarstwo rolnika, zabrać mu krowę, bo za gruba, za chuda. Nie robi tego lekarz weterynarii, czy zootechnik, którzy są do tego uprawnieni, tylko samozwańcze osoby. To są pseudoekolodzy, z ekologią nie mający nic wspólnego, wynajęci do walki z polskim rolnictwem – mówi Rajmund Gąsiorek. - Oni się boją, że jest zmierzch branży. Niech konsumenci decydują o tym. Jeśli hodowca przez rok nie będzie miał zbytu na dany towar, to sam tą hodowlę zamknie. Jeśli nie będzie miał dobrostanu na fermie, to mama nie zajdzie w ciążę, nie urodzi małych, nie wykarmi nich. Niech się nie wtrącają ludzie, którzy nie mają zielonego pojęcia o tym wszystkim. Zostawmy to rolnikom, to ekonomia to wyprostuje. Jeśli ludzie nie będą chodzić z wyrobach ze skór, to hodowcy sami zlikwidują swój biznes. Jeśli nie będą pić mleka, to będzie mniej krów – dodaje.

Hodowcy, jak Rajmund Gąsiorek, czy poseł Ajchler zapewniają, że na fermach futrzarskich zwierzęta mają zapewnione odpowiednie warunki.

- Filmy, które powstają o złym dobrostanie zwierząt, powstają po kryjomu, nieuczciwie. One pokazują tylko szpitaliki, izolatki, gdzie leczone są zwierzęta. Jak ta branża miałaby być lukratywna, gdyby cała hodowla tak wyglądała?

- pyta Ajchler.

Wspólnie wysnuwają teorie, że przeciwnicy ferm futrzarskich są opłacani przez zachodnie koncerny, zajmujące się m.in. utylizacją czy produkcją nawozów, dlatego zależy im na „pogrzebaniu” polskich hodowców.

- Polska zrobiła w ostatnich 10 latach ogromny postęp. Jesteśmy ogromnym eksporterem, widać nas na świecie. W zeszłym roku było wyeksportowane za 40 miliardów euro produktów rolnych. To bardzo boli zachodnie kraje, które wspomagają naszych pseudoekologów – mówi Rajmund Gąsiorek.

Uważa, że na zakazie farm futerkowych zarobią firmy zajmujące się utylizacją, produkcją nawozów, plastiku.

Czytaj: Mieszkańcy wsi nie chcą fermy syna posła

- Przez te ostatnie dziesięć lat przywykłem do takich zarzutów. Branża futrzarska przypisuje nam niecne działania, ale to jeden z elementów ich brudnej gry, by podważyć naszą działalność na rzecz zwierząt. Nie przedstawiają nam żadnych dowodów

– mówi Mikołaj Jastrzębski z Vivy!. - Trudno im uwierzyć w to, że ktoś chce bezinteresownie pomóc bezbronnym zwierzętom, którym dzieje się krzywda na fermach, a dzieje się. Te patologie, które zarejestrowaliśmy, są rejestrowane także na każdej innej fermie na całym świecie.

-------------------------
Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na: Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Marta Danielewicz

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

misiekle

Tak to jest jak się patrzy wyłącznie na własną kieszeń, a nie na dobro zwierząt. Jednak z drugiej strony zwierzęta "konsumpcyjne" także hoduje się wyłącznie w jednym celu, ale to poza wegetarianami nikomu już nie przeszkadza o zdaje się nikt nie zauważać - po prostu jest takie popularne i rozpowszechnione.

plus.echodnia.eu/swietokrzyskie

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.