Leon Kaleta. Ma 106 lat i... wypije jednego od czasu do czasu

Czytaj dalej
Fot. Dawid Łukasik
Michał Kolera

Leon Kaleta. Ma 106 lat i... wypije jednego od czasu do czasu

Michał Kolera

W czwartek, 1 lutego w Szkole Podstawowej w Imielnie porucznik Leon Kaleta otrzyma z rąk Jarosława Molisaka, szefa Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego w Kielcach, stopień kapitana Wojska Polskiego. Nie byłoby w tym nic osobliwego, gdyby nie fakt, że pan Leon właśnie tego dnia obchodzi... 106 urodziny.

Czyni go to prawdopodobnie najstarszym oficerem w Polsce oraz jednym z najstarszych weteranów w Europie. Pan Leon jest także najstarszym mężczyzną w województwie. By przekonać się, jak żyje, odwiedzamy go w Sobowicach w gminie Imielno w powiecie jędrzejowskim.

Jest w dobrej formie

Pan Leon Kaleta przyjmuje nas w swoim domu, w którym... mieszka od urodzenia. Jest samodzielny, choć w codziennym życiu pomaga mu wnu-czka, pani Beata Miernicka.

– Jak na takie lata czuję się całkiem nieźle. Moja recepta na długowieczość? Bóg stworzył nas, byśmy mogli żyć nawet 150 lat. Ale musimy dostarczać sobie wszystkiego, czego człowiek do życia potrzebuje. Powietrze, żywność, ruch i praca. A my narzekamy. A to Czarnobyl, a to wszechobecna chemia. Generalnie, sami skracamy sobie życie – tłumaczy.

Według pana Leona, duże znaczenie dla długowieczności ma prawidłowe... wysypianie się. – Teraz śpimy na jakichś dziwnych leżankach i fotelach. Kiedyś, gdy spaliśmy na siennikach, było to znacznie lepsze – opowiada.
Żelazną zasadą pana Leona jest wystrzeganie się lekarstw. – Tabletki mają wiele składników. Jedne z nich mogą, faktycznie, pomagać na niektóre schorzenia, ale inne zaszkodzą w pozostałych obszarach naszego zdrowia. Ja osobiście zażywam jedną, malutką. Na nadciśnienie – tłumaczy.

Zwierza się nam, że przez wiele lat palił papierosy. – Rzuciłem jednak ponad pół wieku temu. Jeśli chodzi o alkohol, to wypiję jednego od czasu do czasu – mówi wesoło.

Człowiek historia

Pan Leon urodził się 1 lutego 1912 roku, jako poddany cara Mikołaja II Romanowa. Sobowice były wtedy częścią Guberni Kieleckiej należącej do Imperium Rosyjskiego.

– Pamiętam , kiedy miałem sześć lat, odzyskaliśmy niepodległość. Później jakiś czas wszyscy wokół mówili o plebiscycie na Górnym Śląsku – wspomina. Leon Kaleta stosunkowo dobrze pamięta wojnę polsko-bolszewicką z 1920 roku. – Wiedzieliśmy, że Rosjanie podchodzili do Warszawy, byli coraz bliżej. Kto tylko był zdolny do noszenia broni, wstępował do armii. Szło dużo ludzi. Nieraz dwóch braci, a nieraz trzech z jednego domu. U sołtysa było ich pełne podwórze. To byli ludzie od nas i z leżących nieopodal Kwaskowa i Bełku. Wszyscy poszli na nogach, bo nie było aut, najpierw do Pińczowa, gdzie później mieścił się 2. batalion 2. Pułku Piechoty Legionów. Pamiętam jednego chłopa, co przyszedł na podwórko do sołtysa wtedy. Matka upiekła mu wielki bochen chleba. Z tym chlebem, owiniętym w szmatę, poszedł pod Warszawę – opowiada.

Jak wspomina, w Sobowicach zostali wtedy tylko staruszkowie, kobiety i dzieci.

– Wyglądaliśmy wieści z frontu. Można było się wiele dowiedzieć od wędrownych starców, tak zwanych „dziadów”. Opowiadali, że bolszewicy są coraz bliżej. Jednak potem nadeszła wiadomość, że nasi odparli wroga od Warszawy. Strasznie wszyscy się wtedy cieszyliśmy. Przegonili ich aż pod Kijów – mówi Leon Kaleta. Opowiada, że z tej wojny nie wszyscy wrócili. – Niektórzy zginęli. O innych mówili, że w nagrodę dostali po 24 morgi pola na Kresach za służbę w niektórych oddziałach. Ci, którzy wracali, byli często strasznie poturbowani. Jak Kmicic spod Jasnej Góry – żartuje 106-latek.

Sam został żołnierzem

Leon Kaleta sam służył w armii. W 1934 roku został wcielony do jednostki w Jarosławiu, obecnie w województwie pod-karpackim. Następnie los rzucił go do Brygady „Podole” Korpusu Ochrony Pogranicza, której jeden z batalionów stacjonował w Czortkowie. Ta miejscowość teraz leży w obwodzie tarnopolskim na terenie Ukrainy.
– Strzegliśmy granicy. Ukraińcy byli wtedy w większości wrogo nastawieni do Polaków. Trzeba było się z nimi grzecznie obchodzić. Polubili nas i o to chodziło. Trzeba było miejscową ludność ukraińską przyciągać do Polski. W 1935 roku wyszedłem do cywila i wróciłem do Sobowic – mówi pan Leon.

Po powrocie z Kresów zaangażował się na miejscu w działalność „Wici”, znanej w okresie międzywojennym organizacji młodzieży wiejskiej. Jednak w 1939 roku wybuchła wojna. Leon Kaleta został wcielony do kieleckiego 4. Pułku Piechoty Legionów i uczestniczył w walkach o stolicę województwa. – Niemcy nas napadali. Ale my robiliśmy to samo, głównie nocami. Pierwszy chrzest bojowy mieliśmy w Krajnie. Okopaliśmy się. Wszyscy strzelali. Niemcy uciekli, ale potem wrócili z czołgami. Wtedy wycofaliśmy się. Walki toczyliśmy głównie na powstrzymanie. Wreszcie przeniosły się do lasów na wschodzie Polski. Tam, 17 września przed wieczorem dotarła do nas wieść, że Rosjanie przekroczyli granicę. Niektórzy rozważali przedostanie się do Rumunii albo na Węgry. Na drugi dzień rano obudziły nas samoloty z czerwonymi gwiazdami latające nad głowami – opowiada pan Leon.

Dostał się najpierw do niewoli radzieckiej, z której zbiegł. Wraz z oddziałem błąkał się po lasach na północ od Lwowa, gdzie musiał wystrzegać się wrogo nastawionych Ukraińców. W końcu dostał się do niewoli niemieckiej, skąd zbiegł dzięki... Ukraińcowi. – Ten dobry człowiek dał nam cywilne ubrania, swoją przepustkę i pokazał drogę. Przez Przemyśl, rzeki San i Wisłę dotarliśmy wreszcie do Pacanowa. Tam dopiero odetchnęliśmy z ulgą, zrobiło się luźniej – opowiada pan Leon.

Ma 20 prawnucząt

W dalszej części wojny Leon Kaleta był członkiem najpierw Batalionów Chłopskich, później Armii Krajowej. Czyny zbrojne z tego okresu już powoli zacierają się w pamięci pana Leona.

– Słuchaliśmy się dowódców i biliśmy na ich rozkaz hitlerowców. To były rozmaite akcje – tłumaczy.

Po wojnie pan Leon osiadł w Sobowicach, gdzie prowadził gospodarstwo rolne. Działał w ruchu ludowym i został szanowanym obywatelem. W tej chwili ma pięcioro dzieci, 10 wnucząt, 20 prawnucząt i dwoje praprawnuków. Mieszka w domu wraz z rodziną i wcale nie czuje się samotny. - Bardzo kocham swoich bliskich. Jak na swój wiek czuję się dobrze. Bardzo lubię spacerować z kijkami po podwórku – mówi 106-latek.

Michał Kolera

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.echodnia.eu/swietokrzyskie

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.