Jak świętowała elita i ziemiaństwo. Karnawałowe bale i zabawy II Rzeczpospolitej

Czytaj dalej
Fot. FOT. NAC
Mariusz Grabowski

Jak świętowała elita i ziemiaństwo. Karnawałowe bale i zabawy II Rzeczpospolitej

Mariusz Grabowski

„Już od Sylwestra zaczęła się zabawa - najpopularniejsza forma życia towarzyskiego naszych czasów” - ironizował w jednym z felietonów Antoni Słonimski. Ale nawet on nie stronił od karnawałowych szaleństw

O ile na wsiach nikt nie miał czasu na podobne fanaberie, to w miastach bawili się wszyscy. Tańczono i pito w eleganckim Bristolu i w tancbudach na Czerniakowie. Szał zabawy ogarniał całe społeczeństwo - od robotników, inteligencję i wojsko, po arystokrację. W tej ostatniej sferze, rzecz jasna, karnawał był najbarwniejszy. Przyjrzyjmy się, jak balowały wyższe sfery w latach 20. i 30.

Na początek bal

Sygnałem do karnawału były huczne bale sylwestrowe. Bezsprzecznie najważniejszym takim balem było wytworne przyjęcie noworoczne, które organizował Prezydent Rzeczpospolitej Ignacy Mościcki. Przyjęcia odbywały się na Zamku Królewskim w Warszawie, słynęły ze znakomitej kuchni, a wszystkie dania przyrządzano jedynie z wyrobów krajowych. Do stołu podawali lokaje w strojach z epoki ostatniego króla Polski - Stanisława Augusta.

Niemniej prestiżowe bale organizowało Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w zmodernizowanym w latach 30. pałacu Brühla. Prawdziwą gospodynią była tam żona ministra Józefa Becka - Jadwiga, która dbała o odpowiednie menu, program imprezy i wystrój wnętrz, pragnąc w ten sposób - jak pisała prasa - „zareklamować nasz kraj przed zagranicznymi dyplomatami”. Ale swoje bale miały też przeróżne organizacje, stowarzyszenia, związki i środowiska. Powodzeniem cieszyło się wiele imprez charytatywnych, m.in. najsłynniejsza - Towarzystwa Pomocy Ociemniałym Ofiarom Wojny „Latarnia”, organizowana przez księżnę Teresę Sapieżynę, zawsze w Hotelu Europejskim. Gromadziła ona całą ówczesną arystokrację, nie tylko warszawską.

Jak świętowała elita i ziemiaństwo. Karnawałowe bale i zabawy II Rzeczpospolitej
FOT. NAC

W tym samym miejscu odbywał się również ekskluzywny Bal Mody, podczas którego wybierano Króla i Królową, czyli najpiękniej ubranych uczestników. Wszyscy warszawscy właściciele domów mody prześcigali się w szykowaniu wytwornych sukni na tę okazję, ponieważ były dla nich najlepszą reklamą. W magazynie „Teatr i Życie Wytworne” w relacji z tej imprezy można przeczytać, że: „Nieliczni cierpliwi doczekali rannej godziny, w której królowa roku 1928, pani Maria Balcerkiewiczówna, włożyła swój diadem na chłopięcą główkę pani Pogorzelskiej, obranej królową na rok 1929”. Wśród zwyciężczyń nie brakowało także takich nazwisk, jak Nina Andrycz czy Vera Bobowska. Wśród panów laureatami byli m.in. pisarz i poeta Jarosław Iwaszkiewicz czy konferansjer teatrzyku Qui Pro Quo Fryderyk Jarossy.

Ile kosztuje ananas?

Inne ważne imprezy karnawałowe Dwudziestolecia to m.in. Bal Prasy, imprezy PEN Clubu, bale organizowane w gmachu Opery Warszawskiej, Filharmonii, Resursy Kupieckiej i Obywatelskiej. Kasyno Garnizonowe przy al. Szucha było miejscem, w którym bale odbywały się praktycznie co drugi dzień. Jednym z najsłynniejszych był Bal Polskiego Jedwabiu, zorganizowany w 1929 r. Podczas zabawy odbyła się rzecz jasna promocja tkaniny. „Wieziony w tryumfie wjeżdża olbrzymi oprzęd jedwabniczy, wyskakuje z niego zgrabna panna przebrana za motyla (motyl niewątpliwie polski) i ofiarowuje pani Prezydentowej, jako protektorce polskiego jedwabnictwa, piękny bukiet kwiatów” - relacjonowała to wydarzenie prasa.

Co jedzono? Na wódkę, śledzie i najlepsze w stolicy flaki chodziło się do restauracji „U Wróbla”, dużą popularnością cieszyła się także „Adria” założona pod koniec lat 20., w której sali dansingowej mogło bawić się ponad 1500 osób. Znajdował się tam obrotowy parkiet, a do tańca grała orkiestra Golda i Petersburskiego. Wśród bywalców tego miejsca nie brakowało najbardziej popularnych aktorów, polityków oraz oficerów. Lubił tu np. „wpadać” Eugeniusz Bodo i to generalnie tutaj należało powitać karnawał.

Spójrzmy na restauracyjne karty dań. W warszawskiej „Victorii” na Jasnej 26 noworoczne i karnawałowe menu wyglądało następująco: łosoś z rusztu 5 zł, polędwica po angielsku 4 zł, zając w śmietanie z buraczkami też 4 zł, ale za to ananas mrożony, jako egzotyczny delikates, aż 6 zł. Z kolei w obleganej przez tzw. sfery inteligencji twórczej Restauracji Artystycznej „Pod Wiechą” (Al. Jerozolimskie 32), sandacz na białem winie z pieczarkami kosztował 3,5 zł, łosoś w galarecie 4 zł, za to mrożony ananas tylko 3 zł. Czy to znaczy, że „Wiecha” stała w hierarchii zabawowej niżej od „Victorii”? Niekoniecznie.

Wśród trunków największą popularnością cieszyła się wódka lwowskiej wytwórni Baczewski. W „Adrii”, „Oazie”, czy „Ziemiańskiej” serwowano również wytrawne wino. Butelka kosztowała nierzadko 300 złotych, a więc tyle, ile wynosiła miesięczna pensja urzędnika niższej rangi lub nauczyciela szkoły średniej.

Co na siebie włożyć?

W latach 30. charakterystyczne karnawałowe kreacje to z jednej strony obcisłe suknie o wężowej linii, trenem i udrapowaniami, a z drugiej krynoliny ze spódnicami pełnymi falban, uszyte z tiulu, koronki lub szyfonu. Dekolty i odsłonięte ramiona z czasem ustąpiły miejsca bardziej zakrytym górom i bufiastym rękawom.

Dla panów zaś najwytworniejszym strojem był frak oraz lakierowane pantofle balowe, a dodatkiem biały kwiatek w butonierce. W tańcu nie wypadało dotykać partnerki gołą dłonią, więc każdy z tancerzy miał w kieszeni parę białych, jedwabnych rękawiczek. We fraku nie wolno było wychodzić na ulicę, obowiązkowym do niego nakryciem była czarna peleryna na jedwabnej podszewce oraz cylinder. Co charakterystyczne, mniej zamożni mężczyźni mogli wypożyczać wieczorową garderobę. Z takich wypożyczalni korzystał m.in. legendarny poeta Jan Lechoń, wielki miłośnik ubrań z Domu Mody Bogusława Hersego.

Jak świętowała elita i ziemiaństwo. Karnawałowe bale i zabawy II Rzeczpospolitej
FOT. NAC

Wydaje się, że w kreacje Hersego ubierała się wtedy cała wytworna Warszawa. Nazywany był „polskim Diorem”, a jego stałą klientką była m.in. Hanka Ordonówna. W tomie „Moda w przedwojennej Polsce” Anna Sieradzka przytacza cytat Zofii, żony Józefa Kirkor-Kiedronia, który był ministrem przemysłu i handlu w latach 1923-25: „Wbrew swym zasadom oszczędnościowym mąż skosztował się na suknię od Hersego, ale to się opłaciło. Bo w zimie służyła mi ona - po odpowiedniej przeróbce - na wszystkie bale, rauty i obiady proszone (wieczorne). Nie wstydziłam się tego, że żona ministra przemysłu i handlu ma tylko jedną reprezentacyjną toaletę ani że jeździ wraz z mężem starym, rozklekotanym samochodem”.

Zadziwić gości

Zajrzyjmy jeszcze na jedną z karnawałowych zabaw, organizowanych w pałacu Kronenberga przy Królewskiej. W 1938 r. prasa donosiła o niebywałym wydarzeniu, „które na długo przyciągnęło uwagę gości”. Atrakcją balu było bowiem tłuste żywe prosię, symbol pomyślności. Powodzenie w nowym roku miało zapewnić odciętych i zachowanych kilka włosów z jego szczeciny, a zwierzę musiało dożyć dorosłego wieku. Prosię zostało szybko zjedzone, a zła wróżba - jak wiemy - sprawdziła się rok później.

Bufet to potencjalna przyczyna kłopotów. Nie wszyscy goście potrafili wykazać się dobrymi obyczajami podczas jego udostępniania. Np. Henryk Comte, były adiutant prezydenta Stanisława Wojciechowskiego, a potem radiowiec, tak wspominał przyjęcie na Zamku Królewskim w 1937 r.: „Z chwilą gdy otworzono drzwi do sali jadalnej, ukazywał się widok stołów uginających się pod jadłem i napojami, dostojne panie i panowie od razu tracili panowanie nad sobą. Jak gdyby całe tygodnie nie jedli, zapominając, gdzie są i kim są, rzucali się do stołów, nieraz torując sobie drogę do talerzy łokciami, bo przyjęcia takie były a la fourchette, czyli na stojąco, bez ustalonych z góry miejsc za stołem”.

Skoro jesteśmy przy bufecie, wspomnijmy bale karnawałowe, organizowane w Akademii Sztuk Pięknych, gdzie obowiązywały tematyczne kostiumy. Na jeden z takich balów pisarz Jarosław Iwaszkiewicz przyszedł przebrany za poławiacza pereł, nagi i cały owinięty w sieci rybackie. Monika Żeromska opisywała we „Wspomnieniach”, że do historii przeszedł też „karnawałowy jubel” Akademii Medycznej o wdzięcznej nazwie „Śledź u Medyków”. Nazwa była adekwatna do serwowanego menu: jedzono tylko śledzie pod zimną wódkę.

Ziemianie się bawią

Ziemianie, którzy nie wybrali się w okresie karnawału do stolicy, bawili się w swoich rodzinnych gniazdach. Tu także organizowano bale, sąsiedzkie wizyty, rewizyty, wieczorki taneczne. To także rodziło pewne problemy. Oto pewna świeża mężatka mimo zgrabnej figury była „zaniedbana w stroju i uczesaniu” i daleka od „kokieterii kobiecej” - pisze Tomasz Adam Pruszak w albumie „Ziemiański savoir-vivre”. „Mąż od razu zabrał ją do Paryża, gdzie z pomocą mistrzów mody i fryzury zmienił ją całkowicie, zaszczepiając w niej odtąd zamiłowanie do elegancji”.

Ale ziemiański karnawał to nie tylko tańce. To również ulubione rozrywki tamtej epoki: polowania i konsumowanie darów bożych. Nie wszystkim było w smak ciągłe jedzenie, na przykład Witold Gombrowicz z sarkazmem opisał wakacje w dobrach przyjaciela, gdzie za główną karnawałową rozrywkę uważano niemal całodzienne spożywanie smakowitych posiłków.

Nie stroniono także od wojaży i zimowych sportów. Rekordy popularności biły w styczniu Zakopane, Krynica i Wisła, znana z luksusowego pałacu prezydenta Ignacego Mościckiego. W Karpatach Wschodnich karnawał spędzano głównie w Jaremczu i Worochcie. Ze wspaniałego klimatu słynęły Zaleszczyki, gdzie organizowano słynne karnawałowe dancingi.

Kierunek: parkiet!

Wspomnijmy jeszcze o specyficznych karnawałowych szaleństwach, będących udziałem korpusu oficerskiego II RP. „Karnawał był dla oficerów okresem ciężkiej towarzyskiej orki. Dobrze wychowani, ułożeni, wysportowani, zadbani w każdym calu, eleganccy i, co miało niemałe znaczenie, przeważnie kawalerowie, byliśmy najbardziej pożądanymi tancerzami i partnerami na licznych i efektownych balach. W tamtych czasach karnawał był karnawałem w pełni tego słowa znaczeniu. Bale odbywały się nie tylko w soboty, ale nawet w środy lub czwartki i niedziele. Czasami doba była dla nas za krótka. Z balu wracało się nieraz na pół godziny przed rozpoczęciem służby, a wtedy podstawiało się głowę pod strumień zimnej wody i aplikowało różne niezawodne środki po to, aby rano stanąć przed szwadronem w nienagannej formie” - wspominał Grzegorz Cydzik w tomie „Ułani, ułani. Wspomnienia - gawędy - opowieści”.

Ale prawdziwym hitem był karnawałowy bal oficerski, zorganizowany we Lwowie przez 14. Pułk Ułanów Jazłowieckich. „Po marmurowych schodach wysłanych czerwonym chodnikiem wchodziła bułana klacz z białą grzywą, na kopytach miała czarne kalosze, aby się nie ślizgać na posadzce - parkiecie” - wspominała Renata Staniszewska, uczestniczka tego wydarzenia. Klacz o imieniu Grażyna wprowadzono do sali balowej hotelu George we Lwowie po to, by na jej grzbiecie dowieźć paniom bukieciki kwiatów do kotyliona. Zabawa przedwojennych oficerów musiała mieć przecież rozmach i styl.

I jeszcze jedno: podczas ostatniego balu w karnawale, to jest tzw. śledzika, dochodziła jeszcze jedna czynność. Bal należało zakończyć przed północą, aby uszanować post, który zaczynał się w Środę Popielcową. Jeden z oficerów otrzymywał zadanie „pilnowania godziny” i co jakiś czas cofał wskazówki zegara wiszącego w sali balowej tak, aby zegar zawsze wskazywał, że jest jeszcze przed północą. Często wierni idący nad ranem do kościoła na pierwszą mszę w Popielec ze zgorszeniem spoglądali na kasyno pułkowe, skąd dochodziły dźwięki muzyki i gdzie bal trwał w najlepsze.

Mariusz Grabowski

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.