Ich świat się zatrzymał. Rodzina czeka na przebudzenie

Czytaj dalej
Katarzyna Kachel

Ich świat się zatrzymał. Rodzina czeka na przebudzenie

Katarzyna Kachel

Czasami świat zwalnia. Może po to, by pokazać coś wyraźniej, dać ważną lekcję. Bywa jednak, że staje całkowicie. Bez sygnałów ostrzegawczych, nagle i boleśnie. Czy wtedy to też jest lekcja? Piotr i Małgosia nigdy się nie poznali, choć trafili do tego samego ośrodka wybudzeń w Sawicach. A to właśnie ich światy nagle się zatrzymały, a oni w tym zatrzymaniu zostali uwięzieni. To zatrzymanie nazywa się śpiączka

Na Dzień Kobiet przysłał SMS z życzeniami. Może pomyślała wtedy: braciszek, on zawsze pamięta. A może to było tak całkiem normalne, że nawet dłużej się nad tym nie zastanawiała. Braciszek Doroty miał 39 lat, ale przecież dla niej zawsze był tym najmłodszym. Dzieciakiem. Zabawny, roześmiany, o takich jak on mówi się dusza towarzystwa. Jak nie ma Piotra, nie ma imprezy, utarło się w rodzinie. Dzień później przyszedł drugi SMS. Od drugiego brata, Wojtka. Tym razem pamięta, że podcięło jej nogi, a świat się zatrzymał. - Prosta droga, a przecież on tyle jeździł po Polsce, był dobrym kierowcą - cały czas nie dowierza. - I tak blisko domu, parę kilometrów zaledwie.

Stracił panowanie nad kierownicą, samochód zatrzymał się na drzewie, lekko je musnął, zdarł trochę kory, potem auto poturlało się kilkanaście metrów. W szpitalu usłyszała: krwotok wewnętrzny, pęknięta śledziona, pęknięta żuchwa, najbardziej ucierpiała głowa, stłuczenie pnia mózgu, złamanie kręgosłupa szyjnego i wiele pomniejszych urazów. Słyszeli: trzeba przygotować się na najgorsze. Dorota: - Gdy go zobaczyłam po operacji, przeleciało mi przed oczami całe życie. Czasami słyszy się takie teksty w filmach i nie bardzo wiadomo, co oznaczają. Teraz wiem. Zobaczyłam go, jak był malutki, wesoły, zawsze potrafił rozbawić - teraz wyglądał jak trup.

Nadzieja

Od tej niedzieli wszystko zaczęło być inne. Nie było pytań, dlaczego, po co? A może były, tylko gdzieś głęboko, bo przecież ciężko tak pytać, kiedy wciąż nie ma odpowiedzi. Od tej niedzieli zaczął się liczyć tylko Piotrek. Właściwie to było tak, jakby świat się wokół Piotra zatrzymał, skupił wyłącznie na nim. - Codziennie szłam do szpitala na miękkich nogach, żyje czy umarł? Wchodziłam po schodach coraz wolniej, szukałam na twarzach mijanego personelu jakiegoś znaku, który dałby mi nadzieję. I tę nadzieję dzień po dniu dostawaliśmy, choć przecież wciąż byliśmy w szoku, wciąż nie dowierzaliśmy i liczyliśmy na to, że nagle się z tego koszmaru wybudzimy - wspomina.

Człowiek rodzi się na wiele rzeczy nieprzygotowany, i choć przecież doświadcza i dobra, i zła, nie ma gotowych scenariuszy na wypadek takich tragedii. Oswajali się z tym codziennie, czuwając przy łóżku Piotrka.
- Miał nas, a my czuliśmy się za niego odpowiedzialni. Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Tylko ta nasza moc ludzka jest ograniczona - dodaje.

Lekarze nigdy nie używają wielkich słów. Bo przecież taki choćby „cud” wymyka się nauce i władzy człowieka. Zastępuje się go więc stwierdzeniem, że organizm jest silny, że walczy, że się nie poddaje. Że chociaż rokowania były marne, a funkcje życiowe graniczne, a Piotr miał nie żyć, to nagle kurczowo tego życia zaczął się trzymać. - Modlili się za niego nawet obcy ludzie. Dostaliśmy wiele dobrego, to dodawało nam sił, zwłaszcza wtedy, kiedy nie ruszał żadną kończyną, nie widzieliśmy, czy nas słyszy, czy będzie reagował - opowiada Dorota.

Najpierw zaczął poruszać kciukiem, ściskał rękę w odpowiedzi na pytanie, czy słyszy. Dorota: - Oczy wciąż miał zamknięte, ale wiedzieliśmy, że czuje naszą obecność i że rozumie. Gdy tylko coś, o czym rozmawialiśmy przy łóżku go denerwowało, zaczynał gwałtownie się poruszać.
Lekarze kiwali z niedowierzaniem głowami, a Piotr rozpoczął rehabilitację. Wiedzieliśmy już, że lewa strona jest sparaliżowana, że z nią pójdzie słabiej, ale dlaczego ma nie pójść? - Modliliśmy się, by zaczął sam oddychać, by zdarzył się kolejny cud. Szło opornie, ale z dnia na dzień oddychał coraz dłużej. Kiedy wchodziłam do sali, pierwsze, na co patrzyłam, to licznik na respiratorze. Pokazywał, ile Piotr radził sobie bez pomocy urządzenia. Pewnego dnia ujrzałam liczbę 33, potwierdzającą, że sam radził sobie ponad dobę, pomyślałam, że nasze modlitwy zostały wysłuchane - opowiada.

Sawice

Były lepsze i gorsze dni. Takie, kiedy po kilku minutach zapadał w sen, i takie, kiedy jego świadomość była włączona na kilka godzin. Wiedzieli, że trzeba go rehabilitować. Wtedy usłyszeli o Sawicach. Ośrodku Budziku, który pomaga ludziom w śpiączkach. - Takim na granicy życia i śmierci; dla których nie ma już miejsca na oddziałach intensywnej terapii, ale nie można ich odesłać do domu. Dla takich osób jak Piotr, którym życie zmienia się w sekundę - mówi Małgorzata Rodzeń, dyrektorka Rehabilitacji Polskiego Centrum Rehabilitacji Funkcjonalnej VOTUM w Krakowie, któremu podlega Ośrodek Wybudzeń w Sawicach. - Tu mają rok, a wielodyscyplinarny zespół profesjonalistów stwarza im jak najlepsze warunki, by mogli powrócić.
Trafił tam 6 czerwca 2019 roku. Wciąż w śpiączce, ale gotowy do walki. Powoli zaczął podnosić powieki. Zwykłemu człowiekowi, który robi to kilkaset razy w ciągu dnia, nie przyjdzie do głowy, że taki ruch może wydawać się cudem. Oczekiwanym dzień po dniu. I tak było u Piotra. Każde skinienie głowy, ruch, grymas były przyjmowane przez rodzinę z taką euforią jak wynalezienie druku, żarówki czy telefonu.

Pierwsze próby siedzenia były trudne. Wytrzymywał trzy minuty i odpływał. Ale na drugi dzień był na tyle zmotywowany, że siadał na wózek inwalidzki i jechał na salę ćwiczeń. Bywały momenty, że nie chciał, miał dość, poddawał się. Cierpiał. A wtedy zjawiali się rehabilitanci i psycholodzy, by swoimi sposobami zachęcić go do wysiłku. - Z anielską cierpliwością, poczuciem humoru i stanowczością. Pan Bóg nad nami cały czas czuwał i podsyłał nam dobrych ludzi, którzy bezinteresownie nas wspierali. Byli potrzebni na każdym kroku, bo rehabilitacja nie daje spektakularnych efektów, trzeba uczyć się cierpliwości i radości z każdej nowo nauczonej rzeczy - mówi Dorota.

To praca wielu osób. - Trudno to sobie wyobrazić, gdy ktoś jest sprawny, ale każdego dnia Piotrowi towarzyszyli fizjoterapeuci, logopedzi, psycholodzy, lekarze. Sawice to ośrodek, gdzie przez całą dobę przy łóżku chorego ktoś czuwa, ktoś dba, by nie był sam, a ściany pokoju wypełniały zdjęcia najbliższych, które mogą przywrócić pamięć. W Polsce zapewnienie takiej rehabilitacji i ciągłości medycznej, na dodatek w ramach NFZ, jest nieosiągalne dla wielu chorych - dodaje Małgorzata Rodzeń.

Ja rozumiem

Powoli zaczął sam jeść, umiał utrzymać łyżkę i trafić nią do buzi. Logopeda pracował nad głosem, psycholog nad głową, rehabilitant nad pionizacją. Za każdą z tych przywróconych funkcji kryła się tytaniczna praca i ból. Ileż trzeba mieć w sobie zaparcia, by walczyć o to, co jeszcze kilka miesięcy wcześniej było tak naturalne, jak oddychanie. Jak jedzenie, mruganie powiekami, ruszanie palcami. - Pamiętam wszystkie przełomowe momenty. Tak jak ten, kiedy wziął kartkę i napisał „Ja rozumiem”, gdy zaczął sam jeść, sam oddychać. Zawsze wtedy myślałam: on do nas wróci - mówi Dorota.

Nikt tak naprawdę nie wie, co dzieje się w organizmie ludzkim. Jaką ma moc i możliwości. Co sprawia, że ktoś, kto miał nie żyć lub być rośliną, nagle zaczyna wstawać, podciągać się na łóżku. Że po roku codziennych ćwiczeń jest w stanie powiedzieć zdanie, potem dwa, kolejne, a później ułożyć je w opowieść? Rodzina Piotra nauczyła się, że nigdy nie można się poddawać i że trzeba być w tym, co dobre, ale i co złe razem. Wierzyć w dobrych ludzi i doceniać ich. Takich spotkali w Sawicach, potem na rehabilitacji w Konstancinie i Otwocku. Oni byli świadkami przebudzenia Piotra.

Robią mu zdjęcia, dużo zdjęć. By widział, jak powraca, jak zmartwychwstaje. Jak ciało się podnosi, jak zmieniają się jego oczy. To motywuje, daje kopa do dalszej pracy, mozolnej, być może obliczonej na lata, a może całe życie. W tym powrocie pomaga Fundacja Votum, która zbiera środki na dalsze leczenie, wspiera rodzina i obcy ludzie o wielkich sercach. Bez niej Piotr nie miałby szans na kolejne kroki, które pozwolą mu być bardziej samodzielnym. Na razie jest uzależniony od osób trzecich, sam nie sięgnie po szklankę wody ani po telefon. - Ale bywają takie dni, gdy chodzi ze mną pod rękę; potrafimy wtedy przejść parę metrów, powoli, powolutku, ale do przodu - mówi Dorota.
To małe kroki, a przecież w życiu Piotra jedne z ważniejszych.

Małgosia

Miała być Maja albo Zuzia. Właściwie do końca nie zdecydowali, bo przecież zawsze aparat może się pomylić i urodzi się chłopak, śmiał się Mariusz. Więc lepiej zostawić sprawę otwartą. Ale później, kiedy musiał sam zdecydować, bez pomocy Małgosi, wybrał imię Maja. Niech już wszyscy w tej rodzinie mają imiona na „M”, pomyślał. Przed tym, co było później i o czym wolałby przecież teraz nie opowiadać, było to wcześniej. A wcześniej był ślub i planowanie dziecka, normalne życie, momenty lepsze i gorsze, jak wszędzie. - Regularne badania i USG wychodziły świetnie. Małgosia nie chorowała, dobrze się czuła - wspomina mąż.

Termin porodu wyznaczono na 5 stycznia. Tyle że w październiku, potem w listopadzie nagle zaczęło skakać jej ciśnienie. Raz było 140, raz nawet 190. 30 grudnia Mariusz musiał zwolnić się z pracy i wieźć żonę na SOR. Tabletki pod język nic nie dawały, próby zbicia ciśnienia były bezskuteczne, lekarze zadecydowali o cesarce.

- Wpuścili mnie na sale, wyglądała strasznie, jej twarz zsiniała, zrobiła się szara, miała drgawki. Te drgawki całą nią targały - wraca do tamtego momentu.
Wiele rzeczy pamięta dokładnie, choć przecież wciąż wydaje mu się, jakby oglądał film. Koszmarny film, którego nie można wyłączyć. W takich chwilach wszystko robi się automatycznie, bo choć funkcje życiowe Mariusza działały pewnie bez zarzutu, on czuł się jak robot. - Po porodzie ciśnienie Małgosi było 220, stan ciężki, rzucawka, - usłyszałem od lekarzy diagnozę. Zawieźli ją na OIOM, ale jeszcze wtedy była świadoma, pytała o córkę, jak się czuje, była niesamowicie pobudzona, chciała jeść i pić - wspomina Mariusz. Kiedy zaczął zwilżać jej usta, ciałem wstrząsnęły drgawki, ciśnienie raz rosło raz spadało, a ataki powracały.

Wszystko działo się szybko. Zbyt szybko. Zamiast pierwszego krzyku, przytulenia, karmienia, były zastrzyki, TTG głowy i informacja, która może jeszcze wtedy do niego nie docierała: krew dostała się do mózgu. Małgosia została wprowadzona w stan śpiączki, helikopter zabrał ją do szpitala w Łodzi, guz był wielki jak pięść; pięć centymetrów na osiem. Jak pięść - powtarza Mariusz.

Łzy

Jest silny, mówi, że tak trzeba, że nie ma wyjścia. Bo przecież kiedy lekarze walczyli o życie żony, on musiał odebrać Maję ze szpitala, utulić, nakarmić, sprawić, by czuła się bezpieczna. Musiał być i przy żonie, i przy córce. Czasami to za dużo dla jednego człowieka. Wtedy, kiedy ma się już tak naprawdę dość, pojawiają się czasem myśli, by wyjść, zamknąć drzwi i uciec gdzieś daleko. Ale to tylko chwile. - W szpitalu w Opocznie gorączkowała, cały czas zastanawiano się, czy ją wybudzić, czy nie. Zaczęła sama oddychać, powoli. Ale oczy wciąż były zamknięte. Bałem się, żeby nie dostała odleżyn, tak by móc przenieść ją do ośrodka w Sawicach, by tam zacząć rehabilitacje. Kiedy jej o tym powiedzieliśmy, popłynęła jej łza, tego dnia, kiedy miała jechać do Sawic, była spokojna, tak jakby wstąpiła w nią nadzieja - opowiada Mariusz. - I wstąpiła we mnie, bo przecież ta łza nie popłynęła ot tak. Miała przecież znaczenie.

Tych znaczeń dopatruje się w każdym ruchu rąk, uściskach, grymasach. Bo przecież czasami Małgosia pokazuje, że coś jej nie pasuje. Ostatni raz, kiedy się z nią widział, nachylił się nad łóżkiem i zapytał: Jeśli mnie widzisz, Małgosiu, to rusz ręką. Ruszyła. Jeśli chcesz zobaczyć zdjęcia Majki, to rusz ręką. Ręka poszybowała w górę. Dlatego Mariusz wierzy, że słyszy, że oczy, które powoli się otwierają zaczynają dostrzegać, a nie tylko błądzić, choć przecież bywają dni, że zamyka się całkiem w sobie, że nic z niej nie ma na zewnątrz. Ale on rozumie, trzeba czasu. - Epidemia rozdzieliła nas na długie tygodnie. Zakaz odwiedzin sprawił, że nie mogłem pojechać i pokazać jej naszej Majki, tak by mogła się do niej przytulić, poczuć jej zapach - ubolewa.

Czekanie

Dlatego wysyła filmy, które pani psycholog pokazuje Małgosi. I widuje się z nią na zoomie, bierze wtedy Majkę na kolana i opowiada. Na przykład o tym jak wygląda ich dzień, choć, jak zaznacza, praktycznie każdy jest podobny. Trzeba wstać, przebrać małą, wyjść na spacer, ułożyć w kołysce, nakarmić.

Majka lubi mieć ludzi koło siebie. Potrzebuje uwagi i poczucia bezpieczeństwa. Dlatego nawet kiedy śpi, ktoś musi przy niej czuwać. A ona dyskretnie upewnia się, otwierając swoje małe oczy, że tata, babcia czy dziadek są obok. Mariusz opowiada Małgosi, jaka ich córka jest mądra, że wszystko ją interesuje, ciekawi. Gaworzy, zaczyna mówić „ma”, tak jakby chciała powiedzieć „mamo”. W Dzień Dziecka i Dzień Matki także się „widzieli” , Małgosi poleciała łza z oka, a kiedy pani psycholog zapytała, czy się wzruszyła, dwa razy mrugnęła. To znaczy, że tak. Że była.
Czas w życiu Mariusza to oczekiwanie i obserwowanie, jak rośnie Majka. Co ją cieszy, czego się boi, dlaczego płacze. Stara się nie myśleć, co będzie za miesiąc, za dwa. - Mamy XXI wiek, ale mózg człowieka nadal jest tajemnicą, tak mi mówią. I wierzę, że mózg Małgosi się obudzi - kończy. - Tak, by mogła wrócić do nas, do Majki. I opowiedzieć jej bajkę na dobranoc.

POMAGAMY

Możemy pomóc Małgosi i Piotrowi w dalszej rehabilitacji i powrocie do rodziny, wpłacając pieniądze na konto Fundacji Votum:
Santander Bank Polska SA
32 1500 1067 1210 6008 3182 0000

Z dopiskiem: „ Na rehabilitację Piotra Jonaszka”
lub
„Na rehabilitację Małgorzaty Jurek”

Polskie Centrum Rehabilitacji Funkcjonalnej Votum w Krakowie
zajmuje się od lat osobami najciężej poszkodowanymi w wypadkach po amputacjach i z poważnymi urazami neurologicznymi i wielonarządowymi, pacjentami w śpiączce. Zespół PCRF stara się pomóc im wrócić do sprawności i umożliwić samodzielne życie. Od kwietnia 2018 roku PCRF realizuje program zdrowotny „leczenie dorosłych chorych ze śpiączką” w Sawicach. Tam w ramach umowy z NFZ pacjent ma możliwość być rehabilitowany nawet rok. Fundcja VOTUM dodatkowo wspiera pacjentów i ich rodziny, zbierając środki na dalszą rehabilitację. Do tej pory w PCRF Sawice wybudziło się już 20 osób.

Katarzyna Kachel

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.echodnia.eu/swietokrzyskie

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.