Serce boli, ale wie, że jest na swoim miejscu. W karetce życia

Czytaj dalej
Fot. archiwum prywatne
Magdalena Olechnowicz

Serce boli, ale wie, że jest na swoim miejscu. W karetce życia

Magdalena Olechnowicz

Do Polski przyjechała jako 16-letnia dziewczyna. Uciekła z Ługańska przed Rosjanami. Był rok 2014. Teraz pomaga ewakuować ludzi z Ukrainy. Zajęła się najciężej chorymi pacjentami.

Yevheniia Ponedelkova, pielęgniarka z Oddziału Intensywnej Opieki Medycznej Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Słupsku, choć ma dopiero 24 lata, uratowała już tak wiele ludzkich żyć, że trudno zliczyć.

I choć teraz - jeżdżąc na Ukrainę w czasie, gdy tuż obok spadają bomby - sama naraża się na śmierć, nie ma wątpliwości, że znalazła się we właściwym miejscu i we właściwym czasie.

- Robiłabym to także wtedy, gdyby ta wojna była w każdym innym państwie. Jestem pielęgniarką, czuję, że muszę pomagać innym, bez względu na to, gdzie dzieje im się krzywda. Mając medyczne wykształcenie, zdecydowałam się brać udział w transportach medycznych. Fakt, że to się dzieje w moim kraju, sprawia, że serce boli jeszcze bardziej - mówi Yevheniia.

Ługańsk 2014

Decyzja o opuszczeniu rodzinnego domu nie była łatwa.

- Mieszkałam w Ługańsku, który w roku 2014 został objęty działaniami wojennymi, co zmusiło mnie do opuszczenia mojego domu. Miałam wtedy 16 lat. Najpierw pojechałam w głąb Ukrainy, a dopiero po dwóch miesiącach do Polski. Byłam zupełnie sama. Moja mama została w Ługańsku, nie chciała wyjeżdżać. Początkowo trafiłam do Warszawy, ale nie miałam obywatelstwa polskiego, a studia dla obcokrajowców były wówczas dla mnie za drogie. Nie było mnie stać. Dowiedziałam się o uczelni w Słupsku i tak trafiłam tutaj - opowiada młoda kobieta.

Yevheniia ukończyła pielęgniarstwo na Akademii Pomorskiej w Słupsku. Od czterech lat pracuje w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Słupsku. Jest pielęgniarką anestez-jologiczną. To jedna z najtrudniejszych specjalizacji, wymagająca dużego zakresu wiedzy oraz niosąca ze sobą ciężar odpowiedzialności. Zajmuje się pacjentami w stanie krytycznym w oddziale intensywnej terapii. Zarówno dorosłymi, jak i dziećmi. Tymi, którzy znajdują się na granicy życia i śmierci.

- Ponieważ na własnej skórze doświadczyłam strachu i niepewności związanych z wojną, sytuację ludzi uciekających przed agresorem rozumiem i przeżywam podwójnie. Moje pochodzenie ma znaczenie drugorzędne. Pomagam, bo chcę. Od początku wojny pomagałam uchodźcom, którzy trafili do Słupska, między innymi przy tłumaczeniu dokumentów i szukaniu dla nich domów. Znam polski, ukraiński, rosyjski i angielski, dlatego mogę być pośrednikiem pomiędzy ludźmi, którzy potrzebują pomocnej ręk, a tymi, którzy tę rękę chcą podać - mówi.

Karetka Glika

O karetce zakupionej przez Kamila Glika, obrońcę reprezentacji Polski w piłce nożnej, pisały wszystkie media. Ale mało kto wie, że to właśnie Yevheniia ze Słupska jeździ tą karetką do szpitali na Ukrainie, z których zabiera najciężej chorych pacjentów. Jak do tego doszło?

- O wszystkim zdecydował przypadek. Kiedy na jednym z portali społecznościowych zobaczyłam wpis ratownika, który szukał medyka chętnego do pomocy przy zorganizowaniu transportu chorych dzieci z ukraińskiego szpitala do Polski, nie wahałam się ani chwili - opowiada pielęgniarka. - Przez niego nawiązałam kontakt z fundacją Sentio, która się w to angażowała. Dziewczyna z fundacji znała Martę Glik, żonę Kamila Glika, który jest znanym piłkarzem w Polsce. To ona namówiła panią Martę na zakup tej karetki. A pani Marta pewnie użyła swojego kobiecego wdzięku i przekonała męża, że trzeba ją kupić, aby ratować ludzi - śmieje się Yevheniia.

I tak Yevhenia i ratownik, z którym stworzyła zespół wyjazdowy, dostali do dyspozycji karetkę ufundowaną przez Kamila Glika. Doposażyli ją w brakujący sprzęt i leki potrzebne przewożonym pacjentom. Robili to sami i z pomocą fundacji.

Pierwszy pacjent

Chłopiec miał zaledwie półtora roku. Maleńki. Miał złośliwego guza mózgu. Przebywał w Zachodnioukraińskim Specjalistycznym Dziecięcym Medycznym Centrum we Lwowie.

- Co chwilę miał drgawki. Był w krytycznym stanie. Zgodnie z wcześniejszą umową miał jechać z nami lekarz, ale, niestety, nie pojechał. Byłam zła na tę sytuację, historia choroby, którą mi wysłano mailem, nie była do końca tym, co zobaczyłam w rzeczywistości. Miałam obawy, czy dziecko dowieziemy żywe. Odbyłam poważną rozmowę z rodzicami i uświadomiłam im, że ryzyko jest bardzo duże. Zrozumieli, że dziecko może nie przeżyć, ale podjęli to ryzyko, między innymi po to, aby ratować swoje drugie, ośmioletnie dziecko. Rezygnując, zostaliby w szpitalu zupełnie sami, bez pomocy. Ten wyjazd był szansą dla całej rodziny - mówi kobieta.

Dziecko trafiło na oddział onkologii dziecięcej w Lublinie.

- Zaraz po przekroczeniu granicy w Hrebennem, chłopca odebrało Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. Był naprawdę w bardzo ciężkim stanie, po drodze drgawki powtarzały się wielokrotnie - wspomina.

Mimo dramatycznej sytuacji, pani Yevheniia potrafi zachować zimną krew.

- W naszym zawodzie emocje trzeba odłożyć na bok. Podczas podróży musi być ogromne skupienie. Każda decyzja waży o życiu pacjenta. Na emocje mogą pozwolić sobie rodzice, ale nie my. Choć przyznaję, czasami jest to bardzo trudne. Dlatego do każdego transportu przygotowuję się dużo wcześniej. Otrzymuję historię choroby ze szpitala, analizuję ją, muszę znać każdy szczegół, aby móc przewidzieć wszystko, co może się po drodze wydarzyć. A będąc pielęgniarką anestezjologiczną, zawsze zakładam, że może się wydarzyć najgorsze, aby już wcześniej zaplanować, co w danej sytuacji muszę zrobić - opowiada kobieta. - Na szczęście zawsze mogę się skontaktować z moją oddziałową w szpitalu w Słupsku i ona mi pomoże.

Następnego dnia na pokład karetki trafiła 12-latka. Również w bardzo ciężkim stanie. Pod opieką słupskiej pielęgniarki została przewieziona do hospicjum dziecięcego w Rzeszowie.

Pomiędzy transportami załoga karetki zaangażowała się w pomoc na przejściach granicznych, na dworcu kolejowym we Lwowie oraz w przewóz darów.

Kolejny pacjent to 62-letni mężczyzna.

- Transport był bardzo skomplikowany, chory - zaawansowane stadium nowotworu, miał nacieki na różne narządy, był w bardzo ciężkim stanie. Przewieźliśmy go ze Lwowa do Trójmiasta, a tam zorganizowaliśmy transport samolotem do Norwegii. Byliśmy naprawdę bardzo zadowoleni, że to sięudało, ponieważ transportu promem raczej by nie przeżył - mówi Yevheniia.

Każdy transport to ogromna operacja logistyczna, ale też odpowiedzialność. Każdy kilometr dla pacjenta jest niebezpieczny. Tym większa radość, gdy się udaje.

- Na Ukrainie ci ludzie raczej nie mieliby już szans na przeżycie. Nie ma leków, brakuje żywności, są przerwy w dostawie prądu. A w Polsce jest wszystko, co niezbędne. Opieka medyczna jest na bardzo dobrym poziomie. Wiem, że przywożąc tych pacjentów do Polski, dajemy im szansę. Opieka lekarska, jak i pielęgniarska jest na najwyższym poziomie, nie brakuje leków, jest dostęp do diagnostyki, sprzętu medycznego. Także opieka hospicyjna jest na dużo lepszym poziomie niż na Ukrainie - przyznaje młoda pielęgniarka.

Lwów wojenny

Na Ukrainie nigdzie już nie jest bezpiecznie.

- Nasze transporty dobrze przygotowujemy, aby nie była to podróż w jedną stronę. Miałam parę rodzin, które chciały się wydostać, ale nie było to możliwe. Nie było korytarzy humanitarnych, a bywało, że były ostrzeliwane i ludzie cofali się - mówi kobieta.

Zapytana, czy się nie boi, odpowiada: - Każdy ma obawy, tylko głupiec by ich nie miał. Ale jak zważyć wszystkie za i przeciw, to plusy przeważają. Poza tym, gdyby tak każdy rozważał, to nikt by nie pomógł.

Chętnych na takie wyjazdy nie ma wielu.

- Karetki nie mają obsady lekarskiej, ponieważ lekarze nie chcą jeździć. Ochrona zdrowia jest mocno obciążona, lekarze pracują po trzysta godzin w miesiącu, nie mają możliwości i nie chcą zostawiać swoich pacjentów. Inna sprawa, że nikt nam za to nie płaci. To jest działalność czysto charytatywna.

A ryzyko jest ogromne.

- Lwów jest w tym momencie ostrzeliwany. Był już bombardowany. Wygląda jak miasto wojenne. We Lwowie zobaczyłam to samo, co widziałam w 2014 roku w moim mieście, Ługańsku. Wyglądało to okrutnie. Raz już tego doświadczyłam. Nie wierzyłam, że wydarzy się ponownie. Dworcowe poczekalnie we Lwowie przepełnione są kobietami z dziećmi. Na podłodze leżą materace, a ludzie jedni na drugich z małymi, kilkumiesięcznymi dziećmi. Ale lepiej tak, niż mieliby zginąć… Jedni chcą wyjechać do Polski, ale inni chcą zostać, bo mają tam rodziny. Jeszcze inni wierzą, że wojna niedługo się skończy. Jednak, moim zdaniem, nawet jeśli się skończy, to Ukraina będzie się odbudowywać przez następne 15-20 lat. To ludobójstwo, gwałty, mordowanie dzieci na oczach matek… Trudno uwierzyć, że to się dzieje naprawdę - mówi wzruszona Yevheniia. - Dzisiaj wiem, że moja przeprowadzka tutaj - do Polski - to było coś, co musiało się wydarzyć. Dzięki temu teraz moja rodzina miała do kogo przyjechać. Jeszcze w lipcu przyjechała moja mama. A po 24 lutego przyjechała ciocia, kuzynka z dzieckiem - moim chrześniakiem. Po drugiej stronie został jednak jej mąż i kuzyn z dzieckiem. Nie mogą się wydostać z Ługańska. Nie jesteśmy w pełnym składzie, ale cieszymy się, że jesteśmy razem.

Magdalena Olechnowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.echodnia.eu/radomskie

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.