Bieszczadzki baca ma 28 lat. Stado owiec przejął po dziadku [REPORTAŻ]

Czytaj dalej
Fot. Mariusz Guzek
Kinga Dereniowska

Bieszczadzki baca ma 28 lat. Stado owiec przejął po dziadku [REPORTAŻ]

Kinga Dereniowska

Owce - kiedyś były ich w Bieszczadach tysiące. Duże stada wypasały się na Połoninie Wetlińskiej i Caryńskiej. Dziś zostało ich niewiele. My odwiedziliśmy stado w bieszczadzkim Smolniku.

Trzech juhasów siada na drewnianych taborecikach przed zagrodą dla owiec. Czwarty z patykiem w ręku będzie gonił zwierzęta, aby posłusznie wychodziły przez otwory w zagrodzie. Prosto w ręce dojących je mężczyzn. Czekamy wszyscy na bacę, bo nikt nie zacznie dojenia bez najważniejszej osoby. Jest godz. 16, słońce mocno przypieka.

W końcu pojawia się baca. Damian Jus nie ma jeszcze trzydziestu lat. Nosi czapkę z daszkiem, sportowy T-shirt. Nie wygląda jak stereotypowy baca z zakopiańskich pocztówek. Nie ma na sobie haftowanej białej koszuli ani czarnego góralskiego kapelusza. Dołącza szybko do swoich pracowników. Chwilę później następuje zwolnienie blokady i z koszar (tak w gwarze góralskiej mówi się na zagrodę dla owiec) wybiegają owce. Juhasi doją je w ekspresowym tempie. Robią to dwa razy dziennie - rano i po południu.

Damian interes przejął po dziadku, który jeszcze kilka lat temu, póki zdrowie pozwalało, zajmował się owcami
Mariusz Guzek

Przejąłem stado po dziadku

Pan Damian bacą jest od siedmiu lat. Co robi baca? Szefuje juhasom, którzy prowadzą wypas owiec. Jak mówi, w Bieszczadach jest tylko czterech juhasów. I wszyscy pracują u niego.

Mężczyzna interes przejął po dziadku, który jeszcze kilka lat temu zajmował się owcami. Zdrowie później nie pozwalało, więc poprosił wnuka o przejęcie stada. Bo żadne z jego dzieci nie chciało. Ani córki, ani syn.

- Pamiętam, on mnie od małego brał do owieczek, aby zaszczepić miłość do zwierząt. Dawał mi owce i mówił: Ta jest twoja. Robił to, żebym częściej przychodził. Tylko czekałem, żeby szkołę skończyć i zająłem się wypasem

- wspomina bieszczadzki baca.

Dziadek pana Damiana przyjechał z Zakopanego w latach 60. Dawniej bacowie z Podhala wszędzie w Bieszczadach wypasali owce.

- Dziadek zaczynał jako zwykły juhas, jak teraz ci moi. Pasł owce, doił owce, robił sery. U kogoś pracował. Tak mu się spodobały te Bieszczady, że z tego, co zarobił, kupił tutaj pole - opowiada 28-latek.

Dziadek Damiana wybudował dom, załatwił pastwisko i zaczął działać na własną rękę. W Brzegach Górnych postawił bacówkę. Stoi tam od ponad 30 lat. Czasem w niej sery sprzedaje babcia pana Damiana, pani Krzysztofa.

- Miałam 18 lat i pracowałam w sanatorium w Zakopanym. Wyszłam za mąż. Nie chcieliśmy siedzieć na kupie w domu. Kupiliśmy kilkanaście hektarów w Bieszczadach i zaczęliśmy gospodarzyć. Ciężko było na tym pustkowiu - opowiada kobieta. - Na początku mieszkaliśmy u jednego gospodarza, ale po roku wybudowaliśmy dom. Potem stajnię razem ze stodołą. Zajmowaliśmy się wypasaniem owiec i bydła. Nie było wody, nie było prądu. Mieliśmy 300 owiec, a do tego 18 sztuk bydła - wylicza kobieta.

Po 50 latach w Bieszczadach, trójce dzieci, pani Krzysia góralską gwarą już nie mówi, ale ją pamięta. Tłumaczy nam czym są koszary, hale (łąki wysoko w górach), dlaczego psów pilnujących owiec nie głaszcze się od małego. Bo mają bronić owiec przed wilkami. Także przed ludźmi.

Dlaczego owczarki nas nie atakują i są przyjazne?

- Bo przyszliście z juhasami - wyjaśnia Andrzej, jeden z juhasów ubrany jak typowy góral. - Bez nas by was pogryzły.

Pociągi pełne owiec

W latach 60. podobnie, jak dziadkowie pana Damiana, w Bieszczady przyjechało wielu pasterzy.

Bace mieli swoje pastwiska i hale na Podhalu. Pod samymi górami wypasali owce. Jednak ówcześni ekolodzy stwierdzili, że owce niszczą roślinność w parku narodowym. Zabrali im tereny do wypasania, a górale w krzyk! - Gdzie my będziemy owce wypasać? Tu nam pole zabieracie, to jak mamy paść? - pytali.

Związek Hodowców Owiec i Kóz załatwił im pastwiska w Bieszczadach. Wydzierżawiono tereny od PGR-ów, a owce pakowano w wagony i pociągami przyjeżdżały do Ustrzyk.

Przez lato owce pasły się na bieszczadzkich łąkach, a potem znów były zapędzane do pociągów i wracały na Podhale.

- Pamiętam, że w 1999 roku ostatni raz przyjechały tu owce. Wysiadały w Ustrzykach Dolnych albo w Komańczy. Zależy z której strony miały pastwiska. Widziałem, jak z Ustrzyk Dolnych goniono olbrzymie stada owiec. A wtedy każdy baca miał przynajmniej 1000-1500 owiec. W samych Brzegach Górnych było sześciu baców

- wspomina Damian Jus.

On z owcami, ona z Instagramem

Pan Damian uprawia zawód z tradycją i wieloletnią historią. Jego narzeczona, pani Ewelina zawód ma nowoczesny, zupełnie z innej bajki.

- Moja narzeczona to mnie klnie za to, co robię - żartuje młody baca. - Ona żyje w wirtualnym świecie. Ma swój sklep internetowy i jest blogerką. Obserwuje ją na Instagramie ponad 300 tys. ludzi. Firmy jej wysyłają buty, ciuchy. Chciałaby, żebym coś innego robił. Pytam: ale co, skoro ja od dziecka zostałem w tym wychowany. A mojego syna to nie interesuje. Jedynie córce się podobają owce, krowy. Lubi ze mną jeździć do stada.

Wełna warta funta kłaków

Juhasi do pana Damiana przyjeżdżają końcem kwietnia i zajmują się owcami do połowy jesieni. Doją je, karmią, a nawet z nimi śpią.

- Byle kto juhasem nie zostanie. Nie każdy ma to we krwi. Ja usiadłem do dojenia i doiłem. A przychodzili do mnie do pracy tacy ludzie, co nie wiedzieli, jak mają robić. Nikt nas nie uczył tego. Sami siadamy, doimy

- wzrusza ramionami pan Damian.

- Jak ktoś nie kocha zwierząt, to zwierzę nie będzie się słuchać. Mój wnuk tylko zawoła: Basia, a owca do niego od razu leci - dodaje babcia Krzysztofa.

Damian interes przejął po dziadku, który jeszcze kilka lat temu, póki zdrowie pozwalało, zajmował się owcami
Mariusz Guzek

Podczas dojenia niektóre owce beczą, niektóre dzwonią dzwoneczkami przyczepionymi do szyi.

- Mają je, żeby w nocy, kiedy śpimy, nas obudziły. Wtedy wiemy, że coś się dzieje np. pojawiły się wilki. Jak się ruszy 20 czy 50 dzwonków, to jest spory hałas - tłumaczy jeden z juhasów.

- Teraz owce się wilka nie boją. Nie wszystkie mają dzwonki, tylko przewodniczki. To owce, które prowadzą inne owce - wyjaśnia baca.

- Jak je wybieramy? One się same wybierają - dodaje juhas Andrzej. - Ich nie trzeba szukać. Po prostu rodzą się naturalnymi przywódcami.

Dwa razy w roku trzeba ostrzyc owce. Robi to firma z Małopolski, która jeździ po całej Europie. Niestety, w Polsce zarobić na owczej wełnie się nie da.

- Producenci wszystko ściągają tanio z Chin. Po co będą nasze brać? Jednym skup wełny jest w Nowym Targu i płacą jakieś 50 za kilo - mówi pan Damian. - Kiedyś było inaczej. Jak dziadek ostrzygł owce, kupcy podjeżdżali pod sam dom kupować tę wełnę i dziadek miesiąc chodził do tyłu. Teraz to by się nawet za paliwo nie zwróciło - dodaje baca.

Góralska viagra

Mijają prawie dwie godziny, 600 owiec pana Damiana zostaje wydojona. Ze świeżym i tłustym mlekiem w baniakach zmęczeni juhasi wracają do bacówki. To nie koniec pracy na dziś. Teraz trzeba zabrać się za robienie serów. U pana Damiana powstaje bundz (ser), oscypki - białe lub wędzone, ser słodki.

- Są tacy, co sery kupują w hurtowni na Podhalu i je tu przywożą i sprzedają. Takich budek trochę jest. W naszej gminie ze cztery, a w okolicach Soliny jeszcze więcej. Jak ludzie są mądrzy i chcą prawdziwego sera, to wiedzą, gdzie przyjechać. Jeśli komuś nie zależy i chce jak najtaniej, to idzie do takiej przydrożnej budki

- dodaje baca.

Drewniana bacówka jest cała w dymie. Trudno się oddycha. Nie da się długo wytrzymać w środku. Ognisko cały czas musi się palić. Przy produkcji serów nic się nie marnuje. To, co wytrąca się podczas produkcji serów, nazwa się zentyca. To coś między kefirem, a mlekiem.

- To taka góralska viagra - wtrąca z uśmiechem juhas Andrzej.

Na prawdziwe sery z owczego mleka chętnych nie brakuje. Przez cały dzień przyjeżdżają do bacówki w Smolniku klienci, każdy odjeżdża zadowolony z serem w ręce.

- Będę to robić tak długo, jak się da - zapewnia młody baca. - Chyba, że zacznie to być nieopłacalne. Nie będzie pracowników. Na razie ludzie przyjeżdżają i ten ser kupują.

Po zrobieniu serów juhasi wracają do swoich małych domków, w których mieści się jedynie łóżko. Dwie budki stoją na pastwisku. Tam będą trochę spać, a trochę czuwać nad owcami. Z jednego z ostatnich takich stad w Bieszczadach.

Kinga Dereniowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.echodnia.eu/radomskie

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.