Małgorzata Oberlan

Alfabet pandemii. Epoka z koronawirusem od A do Z

"M" jak maseczki - Na początku pandemii brakowało ich każdemu, łącznie z pracownikami służby zdrowia. Szyliśmy je wieczorami na maszynach Fot. Tomasz Hołod "M" jak maseczki - Na początku pandemii brakowało ich każdemu, łącznie z pracownikami służby zdrowia. Szyliśmy je wieczorami na maszynach w domach, zdobywaliśmy przez internet, wyczekiwaliśmy na darmowe sztuki obiecane przez władze miasta...
Małgorzata Oberlan

Rok pandemii zmienił nie tylko nasze życie, ale i język. Wprowadził do codziennego użytku słowa nowe lub już używanym nadał nowe znaczenia. Jeszcze inne zrobiły zawrotna karierę, odmieniane przez nas codziennie dziesiątki razy. "Astra Zeneca", "Covid-19", "lockdown", "kwarantanna", "godziny dla seniorów", "ozdrowieńcy" - to tylko kilka przykładów.

"A" jak Astra Zeneca - budząca wśród rodaków najwięcej kontrowersji szczepionka, choć zdaniem ekspertów całkiem nieuzasadnienie. Jej nazwę zna już każdy rodak. Według przerażonych miałaby częściej niż pozostałe szczepionki powodować zakrzepicę. Tymczasem z informacji Europejskiej Agencji Leków wynika, że na ponad 25 milionów osób zaszczepionych AS tylko 86 doznało takiego skutku (dane z kwietnia br.). Zdaniem niektórych, czarny pijar Astrze robiły internetowe trolle, wynajęte przez konkurencyjne koncerny farmaceutyczne.

"B" jak bunt zamrożonych branż - zaczął się na południu kraju. W Zakopanem i okolicach zimą wbrew ogłoszonym przez rząd obostrzeniom (albo sprytnie je obchodząc) otwierały się pensjonaty i stoki narciarskie. Kraków był natomiast pierwszym miastem, w którym zaczęli w restauracjach praktykować "testerzy menu" (znów popularne hasło!). Rzekomo nie byli klientami, tylko wynajmowanymi w ramach umowy testerami dań, serwowanych przez kucharzy. Niezależnie od rodzaju branży, najczęściej buntowały się te biznesy, które z różnych powodów nie mogły skorzystać z tarczy antykryzysowej i widmo plajty zajrzało im w oczy najszybciej.

"C" jak Covid i pochodne - Covid-19 - od niego wszystko się zaczęło. Anglojęzyczna nazwa koronawirusa (od:coronavirus desease2019), czyli choroby powodowanej przez wirusa Sars-CoV-2) wtargnęła do naszej zbiorowej świadomości na przednówku 2020 roku. Tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, podporządkowywała sobie też nasz język. "Covidovymi" stały się szpitale dla zarażonych. Takim przymiotnikiem zaczęliśmy tez określać powikłania towarzyszące chorobie. "Covidami" i "covidkami" natomiast osoby chore. Później "covidowcami" - w przeciwieństwie do antycovidowców zostali ci podporządkowujący się zaleceniom sanitarnym i niekwestionujący pandemii. Ich antagoniści nadal nazywają ją ściemą, plandemią, fałszywą pandemią.

"D" jak DDM - Dezynfekcja, dystans i maseczki - to zasada DDM, której przestrzegania usiłowano nauczyć rodaków przez ponad rok pandemii. Średnio skutecznie. O ile maseczki, także pod presja mandatów, zaakceptowaliśmy (o tym dalej), o tyle dezynfekowanie rąk i przedmiotów oraz zachowywanie dystansu przychodziło i przychodzi nam trudniej. O zasadzie DDM mówił jednak do nas z telewizyjnego i inernetowego każdy minister zdrowia i autorytet medyczny. Językowo na pewno ją przyswoiliśmy, z praktyka było gorzej.

"G" jak godziny dla seniorów - Wprowadzono je po to, by ludzie najstarsi, a więc i najbardziej narażeni na zakażenie mogli bezpiecznie i spokojnie robić codzienne sprawunki. Godziny dla seniorów skłóciły jednak Polaków pokoleniowo. Młodsi narzekali, że starsi z nudów od 10.00 do 12.00 zajmują markety, kupując "po jednej bułce i pomidorze", podczas gdy oni nie mogą zrobić tzw. porządnych zakupów. A tak w ogóle to siwowłosi i tak robią te sprawunki wtedy, gdy im się tylko zachce. Sami seniorzy często zgłaszali, że "nikt im nie będzie nakazywał, w jakich godzinach chodzić do sklepu". Senioralne godzinki zapamiętamy zatem raczej jako źródło konfliktów niż cenny patent.

"K" jak kwaranatnna - Słyszał ktoś o nie przed pandemią? Nieliczni. Słowo wypadło z obiegu prawie całkowicie. W czasach zarazy wróciło. Najpierw owiane było otoczką strachu, brzmiało jakoś złowrogo, teraz spowszedniało. Do obiegu weszły takie określenia jak kwarantanna domowa, zbiorowa, po powrocie zza granicy, a także kontrola kwarantanny czy kary za jej złamanie. Osobnym tematem stały się sposoby na przetrwanie takiej izolacji i to, co w jej trakcie rodacy robili. Kilka scenariuszy filmowych z pewnością na tej kanwie powstanie.

"L" jak lockdown - Słowo to po angielsku dosłownie oznacza zakaz wyjścia. Przez ponad rok pandemii spowszedniało nam i obrzydło, bo najzwyczajniej w świecie kolejne ogłaszane przez rząd "lockdowny" nas zmęczyły. Ostre ograniczenia w przemieszczaniu się, grupowaniu, korzystaniu z przestrzeni publicznej i rozmaitych usług były uzasadnione tempem rozprzestrzeniania się wirusa, jednak często logika ich stosowania była kwestionowana. Tak czy inaczej - lokcdown wszedł do codziennego użytku językowego.

"M" jak maseczki - Na początku pandemii brakowało ich każdemu, łącznie z pracownikami służby zdrowia. Szyliśmy je wieczorami na maszynach w domach, zdobywaliśmy przez internet, wyczekiwaliśmy na darmowe sztuki obiecane przez władze miasta... Potem zgłębialiśmy tajniki poszczególnych typów maseczek, dyskutowaliśmy o wyższości jednych nad drugimi. Płeć piękna natomiast regularnie ustalała, które są na topie, a które passe. Modne były i są te "spersonalizowane", czyli oddające indywidualność użytkownika. Nie do przyjęcia: brudne, zniszczone, te same (choć prane) przez kilka miesięcy. Zdjęliśmy je w przestrzeni publicznej w maju 2021 roku z ulgą. Nie jest jednak wykluczone, że założymy ponownie...

"N" jak nauka zdalna - Przed pandemią tego określenia używaliśmy rzadko, bo i taki typ zdobywania wiedzy był rzadkością. Kojarzyliśmy go bardziej z Australią, gdzie odległości między uczniem a szkoła sięgają setek kilometrów. Nagle nauka zdalna stała się konicznością. Wyzwaniu musiały sprostać rzesze nauczycieli, uczniów i ich rodziców. Przypadła do gustu szczególnie tym nastolatkom, którzy rano odmeldowywali się na lekcjach przez smartfona (z łóżka), a potem zasypiali. Według poważnych autorytetów jednak jej negatywne żniwo zbierać możemy podobno nawet przez kolejne lata...

"O" jak ozdrowieńcy - Słyszał ktoś o nich przed pandemią? Ten archaicznie brzmiący termin potocznie oznaczał dotąd każdego rekonwalescenta, choć ustawowo (od 2008 roku) oznacza osobę, która wróciła do zdrowia po przebyciu choroby zakaźnej. W pandemii "ozdrowieńcy" zaczęli być odmienieni przez przypadki codziennie. Notowane były (i są) ich liczby, adresowane do nich porady na przyszłość, dyskutowane ich możliwości pomocy innym (oddawanie osocza).

"P" jak praca zdalna - To znów termin, który przed czasem zarazem był niezwykle rzadko używany. Częściej mówiliśmy o telepracy, choć ta znów dotyczyła wąskiej grupy osób. W pandemii praca zdalna stała się doświadczeniem milionów ludzi. W szczytowym okresie pandemii w Polsce, jak podał GUS, zdalnie pracowało 11 procent wszystkich pracowników. Obecnie to mniejszy odsetek, ale i wielu pracodawców i pracowników przynajmniej część z tego pandemicznego doświadczenia chce zachować. Jeśli chodzi natomiast o sam język, to określenie "praca zdalna" spowszedniało. "Telepraca" wydaje się natomiast archaizmem.

"T" jak tarcze antykryzysowe - Wcześniej samego słowa "tarcza" używaliśmy rzadko. Złośliwi powiedzą, że najczęściej przy okazji powrotów "na tarczy" naszych piłkarzy z kolejnych mistrzostw. Pandemia znów jednak zmieniła tutaj wiele. Pierwszą tarczę antykryzysową, czyli rządowy pakiet ulg, dofinansowań i pożyczek skierowanych głównie do przedsiębiorców dotkniętych skutkami pandemii, wprowadzono 1 marca 2020 roku. Druga - 1 kwietnia 2020 roku. Potem pojawiały się kolejne odsłony wsparcia. Do języka potocznego weszło określenie "dziurawa tarcza", czyli taka, która nie obejmowała (w społecznym odczuciu powinna) jakiś grup zawodowych, wiekowych etc.

"W" jak Wuhan - Nazwa tego chińskiego miasta wymieniana była w mediach i potocznych rozmowach, szczególnie na początku pandemii, setki razy. O stolicy prowincji Hubei nagle dyskutował co drugi rodak. targowisko w tym mieście przeszło do historii jako początek pandemii koronawirusa. (Dziś coraz częściej mówi się jednak o "rzekomym początku"). Przyjmuje się, że późną jesienią 2019 roku zakażona/zakażone wirusem Sard-CoV-2 osoby pojawiły się na wuhańskim targu - zatłoczonym pozbawionym wentylacji. To miało stać się zapłonem wybuchu epidemii. W tym mieście przynajmniej formalnie odnotowane pierwsze przypadki zakażeń - w grudniu 2019 roku.

"Z" jak "Zostań w domu!" - Hasło to na początku pandemii przyjmowaliśmy różnie. Jedni na apel reagowali natychmiast, z autentycznego strachu przed wirusem. Drudzy - w ramach społecznej solidarności, uznając za racjonalne. Kolejnym zostanie w domu (a nie np. chodzenie do pracy, do szkoły lub odwiedzanie nielubianych teściów) po prostu było na rękę. Jak się jednak okazało, do czasu. "Zostań w domu" z hasztagiem w mediach społecznościowych opatrywało też nasze domowe aktywności i aktywności" pieczenie ciast, gotowanie, warzenie piwa, dzierganie, robienie na drutach, czytanie książek (tak!). Po ponad roku pandemii wolelibyśmy już jednak chyba tego hasła nie słyszeć.

Małgorzata Oberlan

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.echodnia.eu/radomskie

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.