Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Sprzedał auto, aby lepiej skakać

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banas / Polska Press
Przemysław Franczak

Sprzedał auto, aby lepiej skakać

Przemysław Franczak

Maciej Kot nie miał sobie równych latem, teraz chciałby, żeby podobnie było zimą. I to nie są mrzonki.

Nowy sezon Pucharu Świata rozpoczęty. Na skoczni w fińskiej Ruce zajął Pan 5. i 8. miejsce. Denerwował się Pan przed inauguracją?
Nie, czekałem spokojnie. To jeszcze nie jest ten moment, żeby pojawiał się przedstartowy stres. Miałem wcześniej kilka wolnych dni, więc był czas, żeby pobyć z rodziną, trochę się wyciszyć i oderwać myślami od pierwszego startu.

Spytałem o to, bo po fantastycznym lecie niektórzy już Pana widzą wśród faworytów. Takie typowania to coś, co uskrzydla czy przeszkadza? A może nie zwraca się na takie rzeczy uwagi?
Na pewno to jest miłe, kiedy ludzie w ciebie wierzą, chociaż ja nie zaprzątam sobie głowy rankingami czy innymi zabawami. Sam wierzę w siebie i liczę, że będzie dobrze, ale takie nakładanie na siebie presji w rodzaju „Maciek, musisz” mogłoby się obrócić przeciwko mnie. Hasło na dziś brzmi: spokojnie, zobaczymy, co się wydarzy na początku sezonu.

Tym bardziej że w skokach wyjątkowo trudno o trafne prognozy.
Właśnie. Ja nie jestem na tej skoczni sam. Dziś nie wiemy, w jakiej formie są rywale, czy ktoś nie zaskoczy nagle z jakąś nowinką techniczną, która na starcie da mu przewagę.

A może to my czymś zaskoczymy świat w tym roku?
Zobaczymy. Testowaliśmy różne rozwiązania, ale na pewno nie odpalimy wszystkiego od razu w pierwszym konkursie. Takie rzeczy wymagają dopracowania. Najważniejsze jest to, żeby cały czas być na czasie i nie odstawać od innych.

Można zaryzykować tezę, że wraz z pojawieniem się trenera Stefana Horngachera i jego ekipy, polska reprezentacja – jeśli chodzi o stopień profesjonalizacji – jest znacznie bliżej Austriaków czy Niemców niż wcześniej?
Technologicznie? Na pewno poszliśmy do przodu. Nie mówię, że wcześniej było z tym źle, ale pewne sprawy się zmieniły. Kiedyś pojawiały się nowatorskie pomysły, co zrobić lub zmienić, ale były problemy z realizacją. Bo mieliśmy ograniczony dostęp do jakiegoś tworzywa czy materiału.

Dzięki nowej ekipie otworzyły się drzwi, które wcześniej były dla was zamknięte?
Można chyba tak powiedzieć. Mamy Michala Doleżala, który jest odpowiedzialny m.in. za kombinezony i świetnie się na tym zna, mamy człowieka z Austrii, który zajmuje się technicznymi nowinkami. Teraz jest wszystko trochę inaczej poukładane. Zmieniła się też organizacja pracy, treningi.

Pytania o Horngachera kończą się zawsze wyliczanką komplementów. Czym was uwiódł?
Jest po prostu bardzo konkretny, kieruje się jasnymi zasadami. Potrafi być stanowczy i wymagający, ale to nie jest reżim, a on nie jest dyktatorem. Potrafi słuchać i jest – tak po ludzku - bardzo sympatyczny. I ma do każdego indywidualne podejście. Jest dobrym psychologiem, wie, kiedy trzeba docisnąć, a kiedy odpuścić. Efekt jest taki, że każdy nie tylko wie, co ma robić, ale też chce to robić.

Na początku zapraszał was na długie rozmowy, wypytywał o prywatne sprawy.
Chciał nas po prostu lepiej poznać, to nie było tak, że leżało się jak na kozetce u psychoanalityka. Pytał o zainteresowania, o to jak lubimy spędzać wolny czas. Szukał kluczy do każdego z nas. Takie rozmowy też pozwalają budować wzajemne zaufanie. Wiemy, że gdybyśmy mieli jakiś problem, to zawsze możemy do niego pójść i szczerze z nim porozmawiać.

Jak zareagował na Pańską rajdową pasję? Z zaciekawieniem czy obawą?
Wiedział o niej wcześniej, ale patrzył z lekką rezerwą. Uspokoiłem go jednak, bo już wcześniej, jeszcze zanim został naszym trenerem, sprzedałem swój samochód, którym startowałem w rajdach.

Dlaczego?
Żeby mnie nie kusiło (śmiech). Nie chodzi o ryzyko czy niebezpieczeństwo, ale o to, żeby nie rozkojarzać się w trakcie sezonu. Stefan na to zwrócił uwagę. Po prostu – chodzi o stuprocentowe poświęcenie się skokom. Regeneracja jest równie ważna jak trening. Kiedy wracamy z zawodów czy treningów ważne jest, żeby się wyciszyć, porozmawiać z rodziną, odpocząć. A gdybym miał auto na podjeździe… No, nie wiem, czy bym się powstrzymał. A po wysiłku lepiej odpocząć niż jeszcze dokładać wrażeń i dodatkowe zmęczenie.

25-letni Maciej Kot nie stał jeszcze na podium PŚ w konkursie indywidualnym. Czas to zmienić
Andrzej Banas / Polska Press 25-letni Maciej Kot nie stał jeszcze na podium PŚ w konkursie indywidualnym. Czas to zmienić

Odłożył Pan więc motoryzacyjną pasję do zakończenia kariery na skoczni?
Nie, raczej na po sezonie. Będzie wolne, to będzie można trochę pojeździć.

To teraz trzeba tylko zarobić na jeszcze lepszy samochód.
Właśnie, to jest jakaś motywacja (śmiech).

W poprzednich sezonach początki Pucharu Świata bywały dla was trudne. Nadzieje ogromne, a efekt rozczarowujący. Teraz była związana z tym jakaś niepewność czy udało się zminimalizować to ryzyko słabego startu?
Mamy poczucie, że plany treningowe zrealizowaliśmy w stu procentach. Że nie było żadnej obsuwy, problemów z pogodą, że wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Bogatsi też jesteśmy o doświadczania z poprzednich lat, gdy rzeczywiście coś na starcie nie wychodziło, a potem był efekt domina, który trudno było zatrzymać. Nie nastawiamy się jednak na wielkie wyniki, tylko na dobre skoki. Tak jak mówi Horngacher: wystarczy skakać tak jak na treningu, nie trzeba dokładać nic więcej. Wtedy będzie dobrze.

Czasem trudno przeskoczyć z sezonu letniego w zimowy w równie dobrej formie. Podczas pierwszych treningów i zawodów na śniegu czuł Pan podobną moc jak na igelicie?
Z ostatnich treningów w norweskim Lillehammer byłem zadowolony. Skoki były dobre, równe, więc z Norwegii wróciłem w dobrym nastroju.

Inni też?
Na pewno nie jest tak, że cała siódemka jest już w najwyższej formie. Każdy idzie swoim tempem, ale każdy do przodu.
Rozmawialiście o tym, kto może być mocny tej zimy? Peter Prevc będzie w stanie utrzymać wysoką formę po trzech doskonałych sezonach? Kryzysy po takim czasie przytrafiały się choćby Adamowi Małyszowi czy Kamilowi Stochowi.
My z chłopakami w okresie przygotowań raczej nie zaprzątamy sobie głowy rywalami. Trudno wróżyć z fusów. Zobaczymy na skoczni, na co ich stać. Co do Prevca, to reguły chyba nie ma. On jest bardzo zdolnym zawodnikiem, więc ciągle może być w czołówce. A poza tym w skokach zawsze może zdarzyć się, że wyskoczy ktoś spoza zasięgu wzroku kibiców.

Na przykład Polacy.
Byłoby miło, ale poczekajmy na kolejne konkursy, a dopiero potem będziemy mogli zacząć snuć jakieś domysły i robić założenia.

A jak Pan ocenia pierwsze konkursy w Kuusamo.
Początek był bardzo dobry. Wyjeżdżam z Finlandii jako zawodnik, który wskoczył do pierwszej dziesiątki Pucharu Świata. Choć wyjeżdżam też z małym niedosytem. I w piątek i w sobotę podium było naprawdę bardzo blisko, szczególnie w drugim konkursie, ale drugi skok mi nie wyszedł. Ale to dobrze, sportowa złość jest pozytywna. Pojadę do Klingen-thal walczyć, tamtejsza skocznia zawsze pasowała Polakom. Chyba teraz będzie z górki.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Echa Dnia Podkarpackiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Echa Dnia Podkarpackiego
  • codzienne e-wydanie Echa Dnia Podkarpackiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Przemysław Franczak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.echodnia.eu/podkarpackie

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.