Damski bokser przesadził z biciem. Ukochana nie przeżyła

Czytaj dalej
Fot. Artur Drożdżak
Artur Drożdżak

Damski bokser przesadził z biciem. Ukochana nie przeżyła

Artur Drożdżak

Partnerka Tomasza G. nie miała szans; ciosami pięści połamał jej kilka żeber, spowodował pęknięcie wątroby i śledziony. Wyrok 11 lat więzienia usłyszał w 55. rodziny ukochanej Lidii B.

Lidka to była miłość mojego życia, dokładnie dziś obchodziłaby 55. urodziny - mówił 22 listopada ub. roku oskarżony Tomasz G. w ostatnim słowie przed ogłoszeniem wyroku. Krakowski sąd za uśmiercenie kobiety wymierzył mu 11 lat odsiadki. Wyrok jest już prawomocny.

Poznali się na początku 2020 roku - właściwie Lidka porzuciła męża dla Tomka. On miał 42 lata, właśnie wyszedł z więzienia po rocznej odsiadce. Zaczął pracować dorywczo i zarabiał 2300 zł miesięcznie. O 12 lat starsza Lidka była kasjerką w sklepie. Tomek pomieszkiwał na zmianę u niej przy ul. Jordana w Chrzanowe i u swojej babki. W nowym związku, o którym postronni obserwatorzy mówili, że jest „burzliwy”, faktycznie nie brakowało trzech rzeczy: gwałtownych uczuć, awantur i alkoholu. Pod wpływem promili we krwi Lidka wpadła pod auto, ale odniosła na szczęście nieduże obrażenia.

Przemoc i kradzież

Po pół roku znajomości sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Tomek był zazdrosny o innych mężczyzn i wówczas nie przebierał w słowach, brał się też do rękoczynów. Na początku lipca uderzył Lidkę w twarz - kobieta miała tzw. siniaki okularowe. Nie zgłosiła na policji, że jest ofiarą przemocy domowej. Do lekarza też się nie wybrała. Kilka dni później Tomek wszedł do mieszkania Lidki, gdy była w pracy i bez pytania o zgodę zabrał jej laptop oraz tablet córki. Rzeczy miały wartość około 1000 zł, zastawił je w lombardzie w Krakowie na nieco ponad 600 zł. Potem udało się je odzyskać.

Lidka bała się spotkania z Tomkiem w drodze do pracy. Na przystanek autobusowy musiał eskortować ją chłopak jej córki. Tomek i tak pojawił się kilka razy w sklepie u Lidki. Przyniósł kwiaty, przepraszał, mówił o miłości, po chwili ujawniły się jego złe emocje i nagle stał się wulgarny i agresywny. Znów pojawiły się oskarżenia o domniemaną zdradę Lidki, były sceny zazdrości i pretensje. Taka huśtawka nastrojów.

Kulminacja nastąpiła następnego dnia, gdy oboje w mieszkaniu Lidki byli pod wpływem alkoholu. Znów padły oskarżenia i sugestie, że partnerka ma romans. Zwłaszcza gdy Tomek znalazł w jej komórce sms od innego mężczyzny. Z wściekłości rozbił telefon kobiety.

Jak przebiegała awantura - do końca nie wiadomo, bo Lidka jej nie przeżyła, a Tomek w tej kwestii udzielał skąpych i wymijających wypowiedzi. Przyznał jednak, że rozzłościły go słowa Lidki, która przypomniała mu niedawny incydent, gdy biegał nago po ulicach pobliskiego Jaworzna. W takim stanie nagrali go jego koledzy.

- Lidka dogadywał mi od golasów - powiedział potem Tomek. Z powodu tych przykrych dla niego słów słów postanowił ukarać Lidkę i zaczął ją bić. Po jednym z kilku ciosów, jak sam przyznał, upadła na kaloryfer. Gdy złe emocje nieco opadły, oboje położyli się spać.

Wezwał karetkę

Tomka obudziły w środku nocy jakieś hałasy. W łazience zastał nagą Lidkę, skarżyła się na mocny ból, więc postanowił wezwać pomoc dla partnerki. Ubrał ją w bluzę i dres, poszedł do sąsiada i zadzwonił od niego na pogotowie. Opisał dyspozytorowi stan Lidki i czekał na przyjazd karetki. Wcześniej wytarł z podłogi ślady krwi, a zakrwawiony ręcznik wyrzucił przez balkon. Chciał z ratownikami jechać do szpitala, ale mu na to nie pozwolili. Udał się więc autobusem do babki, gdzie spędził noc, a rano został zatrzymany przez policję. Stało się tak, bo lekarze nie mieli wątpliwości, że Lidka została przez kogoś skatowana. Miała połamane żebra z obu stron, pękniętą wątrobę i śledzionę - ten drugi organ jej operacyjnie usunięto, ale to nie zatamowało krwawienia. Na Szpitalny Oddział Ratunkowy trafiła w takim stanie, że jej życia nie udało się uratować.

Tomek nie przyznał się do winy i próbował kierować śledztwo na boczne tory. Twierdził, że Lidka po pijaku lubiła znikać z mieszkania. Tak mogło więc być i tej tragicznej nocy. Wyszła po cichutku, gdy spał, została pobita przez kogoś na osiedlu i wróciła do mieszkania w ciężkim stanie.

- No ja też ją uderzyłem, ale na pewno nie spowodowałem tak ciężkich obrażeń, jak to wynika z opinii lekarzy - bronił się. Sąd nie uwierzył w tę relację oskarżonego, bo o możliwym wyjściu kobiety z mieszkania zaczął mówić dopiero na sali rozpraw - wcześniej nie wspomina o tym w trakcie przesłuchań przed prokuratorem. Domagał się też sprawdzenia miejskiego monitoringu z okolicy, ale okazało się, że kamery nie nagrały nic podejrzanego.

Tomek sugerował więc, że może - jak to już raz się zdarzyło - pijaną Lidkę potrącił jakiś samochód? A może połamane żebra miał od wcześniejszego wypadku z udziałem auta? A może od zwykłego upadku ze schodów? Biegli medycy wykluczyli takie możliwości, bo obrażenia kobiety były świeże, a nie sprzed pół roku.

Oskarżony Tomek i jego obrońca zaczęli więc lansować tezę, że śmierć Lidii B. mogła mieć związek z niefachową opieką medyczną, bo od przywiezienia pacjentki do chrzanowskiego szpital do zabiegu operacyjnego minęły cztery godziny. Pytali także, czy na zgon nie miał wpływ wypity alkohol i brane przez Lidkę leki? A może i to, że miała niską krzepliwość krwi… I w tych kwestach medycy sądowi wypowiedzieli się negatywnie i jednoznacznie wskazali, że to nie na skutek błędnych procedur medycznych, a z powodu działania oskarżonego doszło do urazów, których konsekwencją był zgon kobiety. Skatowana straciła trzy litry krwi na skutek pęknięcia śledziony.

Listy do prokuratora

W listach do prokuratora Tomek przyznawał się do winy, nie krył żalu i skruchy. Obwiniał się za śmierć Lidki. W liście do matki wyrażał ubolewanie, że nieświadomie odebrał Lidce życie przez zazdrość. Potem to odwołał na sali rozpraw. Prokuratura chciała dla Tomka 16 lat więzienia i po 50 tys. zł zadośćuczynienia dla członków rodziny ofiary. Obrona wnosiła o uniewinnienie. Niski, krępy, z tatuażem na szyi, w więziennym zielonym drelichu przekonywał, że nie byłby w stanie skrzywdzić partnerki ani żadnej innej kobiety.

- To była miłość mojego życia, dokładnie dziś obchodziłaby 55. urodziny - mówił oskarżony w ostatnim słowie przed ogłoszeniem wyroku.

Przekonywał, że to ktoś inny zabił Lidię B. - Nigdy nie uderzyłem żadnej kobiety - twierdził. - Ja obwiniam się za śmierć ukochanej, bo gdybym nie usnął, to nie pozwoliłbym jej wyjść z mieszkania – mówił.

Sąd wykluczył jednak, by to inne osoby dopuściły się ataku. Nikt nie miał motywu, by zrobić krzywdę nieznanej kobiecie. Tomek odgrażał się, że jego rodzina wynajęła detektywa, który znajdzie tego „prawdziwego” sprawcę pobicia Lidki i który „do dziś chodzi po wolności”.

Nie utrzymał się prokuratorski zarzut zabójstwa, bo zdaniem sądu Tomasz G. nie chciał śmierci partnerki i się na nią nie godził. Świadczyły o tym jego wysiłki, by wezwać pomoc lekarzy. Został jednak uznany za winnego i skazany na 11 lat odsiadki za spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu kobiety skutkującego jej zgonem. Za to też grozi dożywocie.

Nie było też wątpliwości, że okradł też partnerkę i naruszył jej nietykalność cielesną zadając uderzenie w twarz kilka dni przed tragicznym finałem. Ślady uderzenia widziała córka Lidki, a ona sama do brata wysłała sms, że „nikt nie ma prawa mnie i bić i okradać”.

Zdaniem sądu z jednej strony było jasne, że oskarżony zadawał kobiecie ciosy w miejsca wrażliwe dla życia, z drugiej Lidia B. była dla niego kimś ważnym, zabiegał o nią, był zazdrosny i chciał się z nią związać. Swojego czynu nie planował, a wielokrotne uderzenia zadawał mocno wzburzony emocjonalnie. Nawet wtedy, gdy widział, jak Lidia B. się przewraca i płacze.

- Każdy dorosły mężczyzna wie, że zadanie kobiecie choćby jednego mocnego ciosu w korpus niesie za sobą ryzyko spowodowania poważnego urazu. Tym bardziej takie ryzyko było realne, gdy Tomasz G. nie ograniczył się do jednego ciosu, a zdawał je po wielokroć. Był karany za przestępstwa przeciwko zdrowiu i życiu, miał świadomość, że bicie pokrzywdzonej po całym ciele, zwłaszcza uderzanie w głowę i żebra niesie za sobą duże prawdopodobieństwo spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu lub trwałego kalectwa - wybrzmiało w sądzie.

Sąd Apelacyjny w Krakowie wyrok utrzymał w mocy mimo złożonego odwołania obrońcy Tomasza G.

Artur Drożdżak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.echodnia.eu/podkarpackie

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.